ŚWIĘTY JAN KASJAN

Święty Jan Kasjan

Jan Kasjan urodził się około 360 r., być może w Dobrudży (obecnie na granicy Rumunii i Bułgarii). Z tego powodu uważany jest za jednego z pierwszych rumuńskich świętych. Niektórzy badacze dowodzą, iż miejscem jego narodzin była Prowansja. Początkowo interesował się filozofią i astronomią. W Betlejem poznał monastycyzm palestyński, jeszcze przed przybyciem tam św. Hieronima. Potem przebywał w delcie Nilu i w Sketis. Odwiedzał wielu anachoretów i sławnych mnichów, rozproszonych po całym Egipcie. Jako wierny przyjaciel towarzyszył mu stale German. Przed 403 r. obydwaj udali się do Konstantynopola, gdzie św. Jan Chryzostom udzielił Kasjanowi święceń diakonatu. German został wtedy prawdopodobnie kapłanem.
W roku 404 Kasjan i German wyjechali do Rzymu, zabierając ze sobą list, który duchowni znad Bosforu słali w obronie swojego biskupa, skazanego na banicję. Kasjan przybył następnie do Marsylii; był już wtedy kapłanem. Założył w mieście dwa klasztory, męski i żeński. Wyprzedziła je nieco fundacja na Wyspach Leryneńskich, która powstała około roku 410. Nie wiemy, jaka była pierwotna organizacja tych cenobickich instytucji. Na nalegania Kastora, biskupa Apt, Kasjan zredagował potem De institutis coenobiorum et de octo vitiorum principalium remediis, a następnieCollationes – konferencje. Zgodnie ze wzmiankami, które tam znajdujemy, powstały one przed 429 r. Przedstawił w nich rozbudowaną naukę o doskonałości mniszej i ascezie pojmowanej jako wiedza praktyczna. Wpływ tych wykładów na dalszy rozwój duchowości chrześcijańskiej był ogromny. Potem jeszcze na prośbę papieża, św. Leona, powstało pismo De incarnatione Domini contra Nestorium.
Jan zmarł w Marsylii około roku 435. Mimo nieprzychylnej wzmianki w tzw.Dekrecie Gelazego oraz zastrzeżeń zgłaszanych przez niektórych współczesnych, Kasjan cieszył się ogromnym autorytetem. Czczony jest przez Cerkiew prawosławną, zaś w Kościele rzymskokatolickim jest świętym czczonym lokalnie, głównie w Marsylii. Tam, w świątyni męczennika Wiktora, spoczywają szczątki relikwii Kasjana, które zachowały się nawet w burzliwym okresie rewolucji francuskiej. W Marsylii uczczono go wspomnieniem w dniu 23 lipca; w Kościele greckim wspominano go 28 lub 29 lutego.

(www.brewiarz.katolik.pl)

Ojcowie Pustyni uczą mądrego stawiania sobie wymagań i granic, po to, by zrobić miejsce dla Boga.

 Ilustracja

Chcemy być piękni, zdrowi, młodzi i bogaci. Mobilizujemy się do katorżniczych kuracji odchudzających, od czasu do czasu ktoś głoduje o parę groszy do pensji. Ale powstrzymanie się w piątek od mięsa (przyznajmy, mało heroiczne) staje się problemem. Coraz trudniej przekonać kogoś, że warto powalczyć o piękno wewnętrzne, o zdrowie duszy, o bogactwo duchowe i młodość, którą daje wiecznie młody Bóg.

Święty Jan Kasjan przekonuje, że warto. Należał do pokolenia Ojców Pustyni – ascetów, dla których głęboka modlitwa serca stała się najważniejszym celem życia. Żył na przełomie IV i V wieku. Jego zasługą było przeniesienie wschodnich doświadczeń życia zakonnego na grunt Europy Zachodniej. Urodził się w Scytii Mniejszej (dzisiejsza Rumunia). Wstąpił do klasztoru w Betlejem. Dwa lata później wybrał się w podróż do Egiptu, który słynął w owych czasach jako prawdziwe „zagłębie pustelników i mnichów”.

Tam spędził 10 lat, formując się u najsłynniejszych mistrzów. Później udał się do Konstantynopola, gdzie został wyświęcony na diakona. W roku 404 wyruszył do Rzymu. Został kapłanem. Około roku 415 osiadł w Marsylii, gdzie założył dwa klasztory: męski i żeński. Były to pierwsze wspólnoty monastyczne na Zachodzie. W Marsylii napisał dwa najważniejsze swoje dzieła. W Institutiones zawarł m.in. instrukcje na temat życia zakonnego i zalet ascezy. Drugi traktat Collationes ma formę wykładów, włożonych w usta słynnych wschodnich mnichów, poświęconych drodze do doskonałości. Z tych dzieł korzystał później św. Benedykt, układając swoją słynną Regułę.

Święty Jan Kasjan uczył, że powołanie mnicha jest w gruncie rzeczy pełniejszą realizacją konsekracji chrzcielnej. Życie duchowe polega na dwóch rodzajach wiedzy: na tzw. wiedzy czynnej, która jest poznaniem grzechów i środków ich zwalczania oraz poznaniem cnót i ich stopniowym nabywaniem. Drugi rodzaj wiedzy to kontemplacja samego Boga. Kasjan wymieniał osiem grzechów głównych: obżarstwo, nieczystość, chciwość, gniew, smutek, lenistwo, próżność i pycha. Za cnoty wiodące uznawał umiar i pokorę. Kładł nacisk na potrzebę poznania siebie samego. Unikał skrajności. Proponował umiarkowaną ascezę.

 
Powiadał, że pościć to jeść normalnie, czyli tyle, ile potrzeba, ani za mało, ani za dużo. Zachęcał do tzw. modlitwy Jezusowej, polegającej na powtarzaniu imienia Jezus lub wybranego zdania z Biblii: „Wyszukaj sobie swój wers modlitwy, który został ci wpisany w serce i który będzie z niego wyrastał. Pozwól mu się przeniknąć. Powtarzaj go wciąż, by mógł się w tobie rozwinąć, jak drzewo ze swych korzeni. Przeżuwaj go wciąż i zbieraj weń swoje życie”. On sam do „przeżuwania” polecał werset psalmu: „Boże, wejrzyj ku wspomożeniu memu. Panie, pośpiesz ku ratunkowi memu”(Ps 70,2). Jest coś pociągającego w Ojcach Pustyni. Uczą mądrego stawiania sobie wymagań i granic, po to, by zrobić miejsce dla Boga. Przekonują, że sprawy ducha są warte wysiłku.

ks. Tomasz Jaklewicz

(http://kosciol.wiara.pl/doc/490682.Smak-pustyni-sw-Jan-Kasjan)

Znalezione obrazy dla zapytania święty Jan Kasjan

Osobiście, bardzo sobie cenię rady Ojców Pustyni. Pomimo ich oddalenia w czasie, nie utraciły nic ze swojej świeżości i dobrej wskazówki na różne problemy duchowe współczesności. Mniszką czy ascetką nie jestem i nie będę, nie mniej jednak w codziennej wędrówce są one nieocenioną pomocą. W księgarniach katolickich jest sporo pozycji książkowych o zasadach i radach Ojców Pustyni. (Apoftegmaty, Filokalia itd. TYNIEC WYDAWNICTWO BENEDYKTYNÓW http://tyniec.com.pl/) Można też zapisać się mailowo i co dzień otrzymywać na swojego maila jedną małą wskazówkę. Naprawdę warto…..

 MĄDROŚĆ OJCÓW PUSTYNI – http://ojcowie.ps-po.pl/

 

Podziel się z innymi:

OSWOJONE. APOKRYF O JEZUSIE CHRYSTUSIE DLA TYCH CO NIE BOJĄ SIĘ RYZYKA

ks. Mirosław Maliński

Oswojone

Apokryf o Jezusie Chrystusie dla tych, co nie boją się ryzyka

ISBN: 978-83-7580-177-4
wyd.: Wydawnictwo Salwator 2011

Wybrany fragment, rozdział I, str. 9-19

 

Miriam osłupiała. Stanęła jak wryta. Zajęta swoimi my­ślami nie zwracała uwagi na to, co dzieje się wokół. Była młodziutka, zgrabna i piękna. W jej migdałowych oczach krył się smutek, ale i jakiś figlarny płomyk żar­tu, a może kpiny. Jej twarz, choć poczciwa i dobra, wy­rażała nieustępliwość. Na pierwszy rzut oka widać było — jak ona już coś postanowi, to nie odpuści i to bynaj­mniej nie z powodu zaciekłości, lecz z natury, tej samej, jaką Najwyższy obdarza tak często Góralki z odległe­go Podhala. Bywało, że czasami wpadała w jakieś za­myślenie i stawała się wtedy nieobecna. Potrafiła ma­chinalnie krzątać się po domu, robić porządki, a nawet gotować, ale sama znajdowała się w innym świecie. To, co teraz ujrzała, wyrwało ją natychmiast z zamyśle­nia i kazało czym prędzej wracać do twardej rzeczy­wistości. W jednej chwili została postawiona na równe nogi. W izbie przy stole siedział anioł. Nigdy wcześniej nie widziała anioła, mimo to nie miała żadnych wątpli­wości. Siedział bez słowa i czekał. Nie był ani znudzo­ny, ani podekscytowany, po prostu czekał.

— Ma anioł szczęście, że zauważyłam, bo mógłby tak czekać i czekać… — wykrztusiła, zaskoczona obec­nością gościa.

— Nie nazywałbym tego szczęściem, a raczej cierpli­wością… — powiedział spokojnie niskim głosem. — Już od ładnych kilku dni czekam, aż mnie zauważysz.

— Jak to? Że niby… Że ja od kilku dni nic nie zauwa­żyłam?

— Czasami zdarza się nam czekać znacznie dłużej…

— A po co czekać. Usiądzie sobie anioł tak w kąciku, i cichutko jak mysz pod miotłą… A nie można to chrząk­nąć, odezwać się jakoś… Na co tak czekać bez słowa?

 — Na gotowość — odpowiedział spokojnie.

 — Jaką gotowość?

— Czasami musimy zaczekać, aż ten, do kogo przy­chodzimy, będzie gotowy na spotkanie z…

— Rozumiem — przerwała mu ostro Miriam i aż sama zdziwiła się swym stanowczym tonem. „To znaczy, że jestem gotowa” — pomyślała z zadowo­leniem. Popatrzyła na gościa z podniesioną głową.

— Ale może do rzeczy. Bądź pozdrowiona Miriam — anioł skłonił głowę i ze spokojem, powoli wyjawiał powód swej wizyty.

Miriam, nie kryjąc zaskoczenia, próbowała jasno formułować swoje pytania. Otrzymywała równie jasne odpowiedzi. Wydawało się, że sprawa jest już doga­dana, gdy nagle anioł zabębnił palcami po stole i rzucił krótko:

— A Józef?

— Nie widzę żadnego problemu. Owszem to bar­dzo komplikuje nasze życie, ba stawia je na głowie, ale Józef zrozumie. Świetnie się dogadujemy. Rozumiemy się bez słów…

 — Tu przydałyby się jakieś słowa…

 — A tak. Z pewnością.

— Może jednak potrzebna będzie moja pomoc? — spytał delikatnie.

Oj nie. Z Józefem rozumiemy się znakomicie. On sam odgaduje moje myśli. Proszę nam zaufać. Nawet byłoby niezręcznie, żeby jakaś „osoba trzecia” wtrącała się w nasze sprawy.

— A jeśli tak — rozłożył ręce wysłannik niebieski — to ja znikam — i zniknął.

Miriam stała zdumiona na środku izby. Przez chwilę myślała nawet, że to wszystko jej się zdawało. Powoli zabierała się za zmywanie naczyń. Sama nie rozumiała, co czuje. Bo w sercu wzbierała jakaś nieokreślona radość, a całe ciało przenikała adrenalina. Lubiła to uczucie, lu­biła wyzwania, lubiła ryzyko. Skąd zatem ta ciężka jak kamień obawa, która przeradza się w strach, a ten na­bierał mocy. „Czego ja się boję? — myślała coraz bardziej gorączkowo. — Tak, jednak się boję, ale czego!” Mijały chwile, a ona powoli odkrywała źródło swych obaw. Może się okazać, a w zasadzie ona już to wiedziała, że szanse na to, że Józef się z tym pogodzi, oceniła zbyt optymistycznie. Owszem, świetnie się dogadywali, ja­kaś niebywała nić porozumienia została rozpięta między nimi. Czasami wydawało się jej, że Józef jest dla niej jak brat bliźniak, że w lot łapie jej myśli, odgaduje oczeki­wania, rozumie jej nastroje. Wiedziała, że jest to czło­wiek niezwykły, ale jednak mężczyzna i o tym nie wolno zapomnieć. No i jeszcze materia tego problemu była jednak dość niecodzienna. Stąd te obawy, ten strach ciążący gdzieś w żołądku. To wszystko było uzasadnio­ne, teraz zaczynała zdawać sobie z tego sprawę.

— „Do tej rozmowy trzeba się będzie przygotować — pomyśla­ła. — Potrzebuję lustra!”

 W jednej minucie zdała sobie sprawę, jak wielką wagę ma komunikacja niewerbalna: „Tak, to trzeba przećwiczyć, przygotować… „. Zostawiła zmywanie.

Czasu rzeczywiście było niewiele. Józef miał przyjść na kolację. Udało się jej pospiesznie przygotować jego ulubione potrawy. Przyszedł, jak zwykle zmęczony pracą. Nalała mu wody do miednicy, a on obmył ręce, twarz i szyję. Zasiedli do stołu. Byli sami. Długo patrzyli na siebie w milczeniu. Bardzo lubił te chwile. Nic się niby nie działo, ale on siedział zachwycony jej obecnością. Sycił się jej zapachem zmieszanym z wonią potraw. Jedli w milczeniu. W końcu zaczęli rozmawiać. Miriam próbowała delikatnie nawiązać, naprowadzić na ślad, jednak bez widocznych efektów. On niczego nie przeczuwał, nawet nie zauważył jej skrępowania i palców, ugniatających suknię pod stołem. Patrzył tylko na nią uśmiechniętymi oczyma, pełnymi zachwytu. „Wspaniale, wspaniale gotuje ta kobieta — powtarzał w myślach — i wspaniale wygląda. Ma tyle wdzięku i czasami bywa rozbrajająco nieśmiała. Jakby chciała coś powiedzieć, a jednak nie mówi. I niech tak będzie, niech to trwa — myślał wpatrzony w narzeczoną rozmarzo­nymi oczyma. — To wspaniale, że nie mamy przed sobą żadnych tajemnic. Nic nas nie oddziela od siebie. To będzie piękne zwykłe życie”.  — Zaczął marzyć, oczysz­czając zęby z resztek jedzenia.

— Już czas. Muszę się wyspać. Jutro mam dużo pra­cy. Kończę jedno pilne zamówienie.

— Tak, powinieneś się wyspać. Musisz być wy­poczęty. Ja też będę musiała teraz chodzić wcześniej spać.

— Dziękuję za pyszną wieczerzę. Świetnie gotujesz.  Jeszcze kilka tygodni i zabiorę cię do siebie. Nie mogę się doczekać…

— Oj, ja też… Chciałabym, aby obrzędy były jutro, ale boję się, bo jestem… — tu się zawahała, a on położył jej palec na ustach i dokończył: — nieprzygotowana? O,  nie mów tak. Jesteś świet­nie przygotowana. Przed nami spokojne, proste życie i tego szczęścia nic nam nie odbierze.

— Ale może się zdarzyć… — szeptała przez palec na ustach.

— Bądź spokojna, nic się nie zdarzy — ucałował ją i wyszedł. Szedł do domu pogwizdując sobie pod no­sem. Był ciepły wieczór. Powietrze wisiało nieruchome, a on zastanawiał się, dlaczego Miriam chce chodzić wcześniej spać, zawsze lubiła siedzieć do późnej nocy.

 

Kilka chwil po wschodzie słońca Miriam wstała z łóżka przerażona. Zdawała już sobie sprawę, w jak trudnej sytuacji się znalazła. Żałowała swego huraopty­mizmu, który jej towarzyszył przy rozmowie z aniołem. Im więcej o tym wszystkim myślała, tym bardziej chcia­ło się jej płakać z bezradności. Podjęła mocne postano­wienie — dziś powie mu o wszystkim. Ani dnia dłużej nie wytrzyma.

Gdy zjawił się koło południa, ona była zupełnie zaskoczona jego przybyciem. Składała właśnie pranie i myślała tylko o jednym. Spojrzała na niego smutnymi oczami, zarzuciła mu ręce na szyję i prawie krzyknęła:

— Będziemy mieli dziecko! — wstrzymała oddech, czekając na jego reakcję.

— O! Nawet nie jedno — odparł z radością. — Ile zechcesz. Niech tylko miną uroczystości ślubne, a ja ci pokażę…

— No tak, ale jedno już jest w drodze, o tu… — Mi­riam wskazała na brzuch. Józef zmieszał się lekko i uśmiechnął kwaśno:

 — Jakieś strasznie maleńkie — próbował żartować.

— Bo to sam początek ciąży — rzuciła bez pardonu. — To niesamowite jak świetnie się rozumiemy — Miriam próbowała zmienić temat i nalała Józefowi pełen kubek mleka.— Siądziesz? Może chleba i sera? Jadłeś śniadanie?

Patrzył na nią oniemiały. Usiadł przy stole. Nie wie­dział, co zrobić.

— Śniadanie? A tak… Czy jadłem? …Ale mleka… mleka tak… — mówił bezładnie.

Złapał kubek w dłonie, jakby chciał je ogrzać, mimo że mleko było chłodne. Nigdy nie żartowała w ten spo­sób. O co jej chodzi. Zawsze dobrze rozumiał, co do niego mówi. Teraz jednak czuł się dziwnie zagubiony.

— Dziecko? Tu, u ciebie? — wskazał wielkim paluchem na brzuch i dodał — Już tam jest?

— Tak — odpowiedziała rzeczowo.

Nastała dłuższa chwila ciszy. Wiedział, że zabrzmi to idiotycznie, ale jednak postanowił zapytać:

 —Nasze?

—  No nie do końca, ale trochę tak…

Ręka Józefa z kubkiem mleka zawisła w drodze do ust. Powoli postawił naczynie na stole. Odwrócił głowę i wbił w nią wzrok.

— Jak dziecko może być trochę nasze, a trochę nie nasze? — zamyślił się smutny i zdezorientowany. Nagle iskry pojawiły się w jego oczach. Spojrzał na Miriam i wycedził przez zaciśnięte zęby:

—In vitro??? — zamknął oczy i po chwili dodał sam do siebie — Przecież to będzie dopiero w końcu XX wieku.

 — Nie, to nie jest „in vitro” — odparła Miriam sucho.

— Wybacz, kochanie — próbował zachować spokój  — ja nic nie rozumiem — spojrzał na nią błagalnym wzro­kiem.

— To Duch Święty… — powiedziała patrząc mu w oczy.

— Tak, z pewnością… Duch Święty… — mamro­tał pod nosem — ….z pewnością… Oczywiście…, my przecież świetnie się rozumiemy… Duch Święty… — był zupełnie oszołomiony. Miał wrażenie, jakby rozmawiał z osobą obłąkaną, której nie wolno się sprzeciwiać. Sie­dział, patrząc w ścianę. Nagle zapytał sucho:

—  Powiedz jasno: jesteś w ciąży?

 — Tak. Jestem.

Oboje zamilkli. Miriam wróciła do składania prania, a czas sobie płynął.

— A ty już nie wracasz do pracy? — próbowała prze­rwać ciążącą ciszę.

— Tak, chyba lepiej wracać do pracy — odparł w le­targu, wstał i skierował się do drzwi.

 — I jeszcze jedno — odezwała się smutnym głosem — ja na jakiś czas wyjeżdżam…

— Tak, w tej sytuacji lepiej wyjechać… — powiedział odwrócony tyłem.

— Do Elżbiety.

— Do Elżbiety? — powtórzył ze zdziwieniem — To twoja krewna, prawda? Dawno u niej nie byłaś — próbo­wał okazywać zainteresowanie. — A co u tej staruszki?

— Jest w ciąży…

Zakręciło mu się w głowie. Poczuł, jakby coś podci­nało mu nogi. Opadł ciężko na ławę.

— W jej wieku… Co ty wygadujesz? Może ona też z Ducha Świętego…

— Ona z mężem… — odpowiedziała sucho.

— To dobrze, to bardzo dobrze — popatrzył na Mi­riam z osłupieniem.  — Co ja wygaduję — chwycił się za gło­wę — przecież to starcy. Oni jeszcze… tam… tego?

— Tak, z Ducha Świętego…

— O właśnie… Oczywiście… Z Ducha Świętego… Już nic nie mów! Błagam… Wystarczy. Ja muszę trochę gwoździ młotkiem wyprostować — ciężko podniósł się i powlókł do drzwi. Wyszedł, zostawiając je otwarte.

Sam nie wiedział, jak trafił do warsztatu. Usiadł przy stole. Złożył na nim ciężką głowę i wyciągnął ręce. Myśli biegały jak zwariowane. Usilnie próbował zrozu­mieć, co się stało, ale nie mógł. Analizował każde słowo ostatnich spotkań z Miriam. Im dłużej myślał, tym mniej rozumiał. Z drugiej strony stołu zjawił się anioł. Siedział spokojnie i czekał, aż go Józef zauważy. Ale ten siedział jak nieobecny. Patrzył, a nie widział, kombinował, ale bezowocnie, wszystko go bolało, ale nic nie czuł. Raz po raz drapał się po głowie swoją wielką, spracowaną ręką. Godzina mijała za godziną. On stracił poczucie czasu. Dość długo przypatrywał się osobie, która bez­szelestnie zjawiła się w warsztacie, siedziała z nim przy stole i czekała z nieludzką cierpliwością. Do oczu Józefa powolutku wracał smugami zdrowy rozsądek. Na twa­rzy zarysował się grymas jakiegoś wysiłku. Zastanawiał się, zastanawiał się usilnie. Jakby sobie coś przypominał. W końcu odezwał się:

— Anioł?

—  Tak, w rzeczy samej — ukłonił się gość.

— Och!  — Józef uśmiechnął się sam do siebie jak człowiek, któremu hasło dopasowało do krzyżówki, i dodał:  — W zasadzie mogłem się spodziewać… Tak, mogłem się spodziewać. I co?

— Nie bój się!

— Ja się boję? Ja się boję? Tak, może masz rację. Boję się, bo nie wiem, kto oszalał: ona, czy ja. Boję się decyzji, którą muszę podjąć nieuchronnie. Boję się o nią. Prawda, ona jest zaradna i inteligentna. Poradzi sobie. Odprawię ją potajemnie. Nikt się nie dowie, dlaczego. Ludzie po­myślą, że byliśmy jednak niedopasowani. Jest to jakieś rozwiązanie, ale nasze życie?… Nasza miłość?… Ona mnie kocha, ja to wiem. Nie znajdę drugiej takiej. Taka czuła i delikatna. Tylko ona potrafiła na mnie patrzeć z podziwem. Mężczyźni potrzebują podziwu, a kobie­ty z reguły tego nie rozumieją… No i świetnie goto­wała… To po prostu anioł nie kobieta… — tu spojrzał na gościa i zaraz się poprawił — O, przepraszam anioła. Proszę mi wybaczyć, ale dziś życie mi się zawaliło. Sam nie wiem, co o tym myśleć. Ale wiem, że to koniec…

—  Józefie, chcesz ją oddalić?

 — Tak. To jedyne logiczne rozwiązanie.

— Otóż nie, twój plan nie wyjdzie — wydawało się, że słowa te powtórzyło jakieś echo.

— Niech mnie anioł nie straszy  — popatrzył na go­ścia błagalnie. — Mnie trzeba pocieszać, a nie straszyć. My mężczyźni powinniśmy trzymać się razem… — anioł poruszył się niecierpliwie i chrząknął — O, przepraszam, zapomniałem się… — poprawił się Józef — u was z tą płcią jest inaczej niż u nas. U nas sprawa jest jasna. Ko­bieta, mężczyzna i żadnych form pośrednich. Tak z na­tury. To bardzo ułatwia życie.

— Nie bój się.

— Trochę mi ulżyło. Ale niech mnie anioł nie stra­szy. Taki coś nerwowy jestem. Gadam dużo… Uda się. Prawda?

— Nie bój się.

— A czy anioł zauważył, że się zaciął i powtarza w kółko to samo?  Może prócz tej otuchy coś jesz­cze… Jakieś miłe słowo.

— Nie bój się wziąć Maryi za małżonkę!

 Biedny cieśla jakby spadł z konia.

— Ale jak to tak. — rozdął nozdrza. — To przecież niemoralne. Ona jest z dzieckiem. Panna z dzieckiem. Rozumie anioł? A wszystko to wydarzyło się w narze­czeństwie. Przecież żyjemy w jakieś kulturze.

— Nie bój się wziąć jej za małżonkę, bo święte jest to dziecko, które ona w sobie nosi.

— Święte słowa. Ja wiem, każde nienarodzone dziecko jest święte… Napiszą jeszcze o tym w „Familia­ris Consortio”.

— Nie bój się, bo z Ducha Świętego ono się poczęło, a Pan chce, abyś je wychował.

Zapadło milczenie. Cisza trwała długo. Józef spo­glądał na anioła spode łba. Patrzył i myślał. Aż w koń­cu się odezwał:

— A chłopczyk będzie?

— Nie bój się! Chłopczyk — pokiwał głową i uśmiech­nął się dobrotliwie.

— Anioł, wy coś tak wszystko wiecie. Badania prena­talne to dopiero XX wiek.

— Bo ja anioł jestem i o tych sprawach przyszedłem z tobą rozmawiać.

— Ale cała ta historia jakaś nietypowa… — zastana­wiał się Józef.

— Oj, tak… nietypowa. Bo wiesz, Józefie,  to bę­dzie Mesjasz…

Znów zapadła dłuższa cisza.

— Ten Mesjasz? — szepnął Józef.

 — Ten — przytaknął anioł bez wahania.

Na twarzy Józefa rysowało się przerażenie. Powoli docierało do niego, co się dzieje.

— Nie bój się, Józefie — pocieszał go anioł. — Po­radzisz sobie. Poradzicie sobie. Przecież z Miriam tak świetnie się dogadujecie, rozumiecie się dobrze. Pora­dzicie sobie. A i my, anieli, też was nie opuścimy. I sam Najwyższy jest żywo zainteresowany.

Po tych słowach anioł zniknął. Józef chodził zamy­ślony po warsztacie, tam i z powrotem. Nagle stanął, uśmiechnął się i rzekł sam do siebie:

— Nie przypuszczałem, że będę wychowywał adop­towane dzieci… Dobrze chociaż, że chłopak! Oj, do­brze, że chłopak.

źródło: 
http://www.opoka.org.pl/biblioteka/B/BB/salwator_2011_apokryfy_00.html

Podziel się z innymi:

SPOTKANIA Z HEREZJĄ

Nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak często w swoich postawach, dążeniach, poglądach ocieramy się o różnego rodzaju herezje, czyli to co jest sprzeczne z Nauczaniem Pana Jezusa i Kościoła, przed czym ostrzegali i przeciw czemu walczyli liczni święci Doktorzy i Ojcowie Kościoła (o tym wspominałam przy ich notkach biograficznych). Ponieważ, nie zdajemy sobie z tego sprawy to i nie grzeszymy… Ale nie postępujemy dalej w naszej drodze duchowej. Zamiast trwałych owoców płynących z wiary, nadziei i miłości, oraz coraz większej wolności dzieci Bożych zbieramy: powierzchowne pocieszenia, niepokój, niezadowolenie z siebie, zniechęcenie (innym się udaje a mnie nie, co robię źle? itd.itp.)

W wolnych chwilach czytam właśnie książkę MIĘDZY HEREZJĄ A DOGMATEM (o. Dariusz Kowalczyk SJ, wyd. Ośrodek Odnowy w Duchu Świętym, Łódź, 2015 ss. 264). Ci którzy poszukują argumentów w prowadzonych dyskusjach na temat Kościoła, prawdy, Zmartwychwstania, roli Internetu w głoszeniu Słowa, obronie wiary, prorokach i wielu innych sprawach mogą sięgnąć po tę pomocną lekturę.  

Notka wydawnicza:   Niezwykle cenna lektura, ponieważ uczy trzeźwego patrzenia na wiarę. Zły duch atakuje Kościół, najłatwiej przychodzi mu wprowadzać podziały w Kościele, dzieląc go na radykałów i liberałów. Dlatego potrzebujemy rozeznawania duchowego.  Autorem tej pozycji jest wybitny teolog i publicysta, Dziekan Wydziału Teologicznego na Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie – o. Dariusz Kowalczyk SJ.  

http://odnowa.jezuici.pl/sklep/-w-szkole-jezusa/804-K-Miedzy-Herezja-A-Dogmatem.html

Niezależnie od książki, polecam cykl konferencji wygłoszonych podczas tegorocznych rekolekcji adwentowych przez o. Romka Groszewskiego SJ, skierowanych do młodzieży akademickiej i nie tylko, pod wspólnym tytułem SPOTKANIA Z HEREZJĄ. Poniżej podaję kolejne linki do poszczególnych konferencji.

Owocnego słuchania.

DOSKONAŁOŚĆ

https://www.youtube.com/watch?v=xdS1Y8wa-q0

ZŁE CIAŁO?

https://www.youtube.com/watch?v=a0TY-riVrmw

ZASŁUGA

https://www.youtube.com/watch?v=oJlKc2JIpf4

POGAŃSTWO: 

https://www.youtube.com/watch?v=wFqEMPti33Q

krótkie kazania nawiązujące do Ewangelii dnia i tematyki konferencji wygłoszone przed powyższymi konferencjami

ZAWIEDZIONE SERCE:  

https://www.youtube.com/watch?v=jQmEjI76l54 

ŁASKI PEŁNA: 

https://www.youtube.com/watch?v=nq-Kd6dJWGM 

BĄDŹ POZDROWIONA: 

https://www.youtube.com/watch?v=37siqo5GlYs 

Podziel się z innymi:

ADWENT ZE ŚWIĘTYM JÓZEFEM

Drogi Czytelniku!

Nie ma chyba lepszego momentu na spotkanie z Józefem niż adwent. Dlaczego?
To właśnie on towarzyszy Maryi do Betlejem, a zatem towarzyszy i naszemu oczekiwaniu na narodziny Zbawiciela.

Choć wydaje się, że nie wiemy o nim zbyt wiele, nie pojawia się zbyt często, to przede wszystkim spotykamy go jako człowieka.

W pewnym sensie można nazwać go wielkim nieobecnym, który jest. Tak, on po prostu jest, jest zawsze wtedy, gdy jest potrzebny. Jest obecny tam, gdzie potrzebna jest jego dłoń, obecność.

Jego obecność jest podobna do relacji z osobą, z którą rozumiemy się bez słów. Wystarcza jej spojrzenie by czuć ciepło, jej obecność by nie martwić się o bezpieczeństwo, uścisk by mieć pewność, że wszystko będzie dobrze. Wtedy może być nieobecnym, bo my i tak wiemy, że JEST. Wypełnia zadanie jakie mu zostało powierzone w milczeniu, ale perfekcyjnie.

Określenie cały sprawiedliwy bez zbędnego patosu oddaje obraz jaki mam nadzieję tworzy w każdym z nas postać św. Józefa, ale też wskazuje kierunek jakim mamy podążać.

Miłej niedzieli
ks. Leszek

http://www.salwator.com/caly-sprawiedliwy–jozef,1303,821,produkt.html

*********

Jakieś dwa tygodnie temu, zastanawiałam się kto ma zostać w tym roku moim patronem na adwentowych ścieżkach i jak zrealizować natchnienie z modlitwy – aby, jeszcze bardziej pokochać św. Józefa. Wczorajsza wiadomość od ks. Leszka SDS jest dla mnie wystarczającą wskazówką.

Podziel się z innymi:

JEGO MIŁOŚĆ CIĘ ULECZY – DOMINIK CHMIELEWSKI SDB

Informacja o książce:

Napisane z ogromnym zaangażowaniem i ewangeliczną prostotą, porywające studium na temat naszej chrześcijańskiej tożsamości, jako umiłowanych dzieci Boga i bezpardonowych ataków szatana, na tysiące sposobów dążącego do zniszczenia naszej tożsamość synów i córek Boga. W swojej książce ks. Dominik Chmielewski daje proste odpowiedzi na wiele dylematów, jakie targają sumieniami współczesnych katolików, żyjących w świecie coraz bardziej przypominającym bezładne pustkowie, o którym na samym początku mówi Księga Rodzaju. Autor pokazuje, jak nie wiele trzeba, aby owo pustkowie zamienić w pełen harmonii, piękna i miłości kwitnący ogród. Mając to na względzie, nie jest przypadkiem, że to księdzu Dominikowi Chmielewskiemu przypadło poprowadzenie 15 października 2016 r. spotkania modlitewnego w ramach wyjątkowego w skali Europy nabożeństwa Wielkiej Pokuty za grzechy całego narodu polskiego.

 

„Szatan ma niezliczone sposoby niszczenia naszej tożsamości umiłowanych dzieci Boga. Tak często kobiety mają problem ze swoimi mężami czy synami alkoholikami. Nieświadomie stają się ich pierwszymi oskarżycielami, przejmując tym samym rolę diabła. Taki alkoholik zwykle dokładnie zdaje sobie sprawę ze swojej godnej pożałowania sytuacji. Często czuje się jak szmata, jak ostatnia łajza, widzi to w oczach swojej żony, matki czy dzieci, słyszy w ich słowach o odrzuceniu i pogardzie. I właśnie dlatego jest tak agresywny – bo sam siebie nienawidzi za swoją słabość i nie może siebie znieść. Oczywiście, że nie jest łatwo kochać i błogosławić kogoś takiego, kto pod wpływem alkoholu niszczy wszystkich wokoło. Jest to bardzo trudne. Ale siłą mocy Ewangelii o miłości Boga do grzesznika wszystko jest możliwe.”

 

Autor: Ks. Dominik Chmielewski SDB

Ilość stron: 170

Wydawnictwo Magdalenium

www.magdalenium.pl

Kontakt: sklep@magdalenium.pl

Tel: 509 721 904

Fragment książki:

Jakże często się zdarza, że w związku z naszymi życiowymi niepowodzeniami mamy dużo pretensji i żalów do Boga, jakby to On był przyczyną wszelkiego zła, jakie dzieje się w naszym życiu. Przyjmując buntowniczą postawę, oskarżamy Boga o to, że dopuścił do wydarzeń, które nas unieszczęśliwiły. Jest to sytuacja dla kapłanów szczególnie niekomfortowa, ponieważ to oni najczęściej, niejako w zastępstwie Boga, są adresatami tych oskarżeń. Przecież, jeśli Bóg jest wszechmocny, jeśli jest miłością, jeśli tak bardzo kocha, jak Ksiądz mówi, to dlaczego mam tak ciężko w życiu? Dlaczego doświadczam tyle cierpienia, dlaczego tyle rzeczy mi się nie udało?

Znamienne, że bardzo często skargi takie wychodzą od osób jawiących się powszechnie jako bardzo pobożne, które co niedzielę chodzą do kościoła, a nierzadko nawet codziennie. Są to wierni, którzy intensywnie się modlą, np. odmawiają codziennie Różaniec i Koronkę do Miłosierdzia Bożego. I gdy przychodzi jakaś ciężka choroba, wypadek, śmierć bliskiej osoby, utrata pracy czy jakieś inne nieszczęście, nagle z ich ust wyrywa się krzyk do Boga: Dlaczego mi to zrobiłeś?! Przecież chodzę do kościoła, przecież się modlę, przecież Cię kocham, Boże – dlaczego?… W takiej sytuacji ujawnia się prawdziwa natura naszej religijności. Okazuje się bowiem, że po to chodzimy do kościoła, po to spędzamy godziny na klęczkach, aby było nam w życiu ładnie, beztrosko i przyjemnie, a jak jest coś nie tak, to obrażamy się na Boga i karzemy Go często ateizmem, zrywając z Nim jakąkolwiek relację.

Okazuje się więc, że od samego początku był to zwykły interes. Ja będę chodzić do kościoła, będę się codziennie modlić, świadczyć dobre uczynki, a w zamian Bóg ma mi dać wspaniałego męża, cudowne dzieci, długie i pozbawione jakichkolwiek dolegliwości życie i zasobne konto. Wszystko już tu na ziemi musi być tak jak w niebie – żadnego nieszczęścia, żadnej choroby, żadnej krzywdy ani cierpienia – bo przecież codziennie modlę się i chodzę do kościoła. Zawieram z Bogiem kontrakt: Ja Ci to, a Ty mi to, i nie waż się tej umowy naruszyć. Tak niestety bardzo często funkcjonujemy, jakby zapominając, co Jezus zrobił z handlarzami w świątyni. Jest to jedna z najbardziej wstrząsających scen, pokazująca zdumiewające zachowanie Jezusa, który popadł w straszliwy gniew, gdy zobaczył ludzi bezczeszczących świątynię. Jak wielki ból musimy zadawać Jezusowi za każdym razem, gdy wchodzimy w taki handel z Panem Bogiem?

Przeżywając trudne sytuacje w życiu, osoby wierzące coraz częściej podejmują Nowennę Pompejańską, na przykład w intencji nawrócenia się dziecka czy też powrotu małżonka, który odszedł do drugiej osoby, lub, co obecnie jest dość powszechne, w intencji znalezienia pracy. Niby wszystko w porządku, ale czy to nie jest ukryty handel z Bogiem? Czy na pewno modlimy się z miłości do Niego, rozkoszując się Jego obecnością przez czas tej modlitwy? A może mówimy te zdrowaśki po to, aby On dał nam tę pracę, bo podpisałem kontrakt – ja dam Ci Nowennę Pompejańską, a Ty mi daj mi pracę; coś za coś.

Oczywiście taka transakcja jest nie tylko grzechem. Bóg jest miłością i rozumie nas jak nikt na świecie. Jest tak współczujący, że na pewno da nam to, o co prosimy. On chce się nami cieszyć, choć bardzo Go boli, gdy posługując się modlitwą, próbujemy robić z Nim interes. Raduj się w Panu, a on spełni pragnienia Twego serca – mówi psalmista (Ps 37, 4), a nie na odwrót, czyli że najpierw On ma spełniać nasze pragnienia, a wtedy my będziemy się w Nim radować. Bogu zależy na tym, żeby każda modlitwa, każde spotkanie z Nim było rozkoszą spotkania dwóch osób, które kochają się najbardziej we wszechświecie. Bóg pragnie, aby każde spotkanie z Nim było dla nas radością, że możemy być teraz razem, że możemy rozmawiać, patrzeć na siebie i kochać się, a efektem pobocznym będą cuda, jakie Bóg uczyni w naszym życiu. Jeśli jednak przychodzę do Boga tylko po to, żeby z Nim handlować łaskami, to w tym momencie bardzo ranię Jego serce. Warto więc zrobić też rachunek sumienia z naszego handlu z Bogiem przez modlitwę, która była w naszym życiu tylko po to, żeby coś od Niego dostać, a Boga traktowaliśmy jak partnera handlowego.

 *****

Postanowiłam wprowadzić nową kategorię na blogu: LEKTURA. Domyślam się (nie wiem czy dobrze?), że spora część odwiedzających tego bloga woli krótkie notki, nagrania z YouTube, itp itd. Po książkę trudniej sięgnąć. Osobiście preferuję książkę (i to w tradycyjnym papierowym wydaniu). Czasami otrzymuję prośbę o zamieszczenie informacji o konkretnej książce na swoim blogu, a czasami są to informacje o nowościach z różnych katolickich wydawnictw.

W tej nowej kategorii pojawią się nie tylko nowości, ale i pozycje książkowe do których ja sama często wracam, które na kolejnych etapach mojej drogi do Pana okazały się wspaniałymi drogowskazami. Zachęcam do lektury……..  

Podziel się z innymi: