CO JEST ZNIEWALAJĄCYM MNIE BOGACTWEM?

Czytanie Syr 17, 24-29

Psalm Ps 32, 1-2. 5-7

 

Ewangelia Mk 10, 17-27

Gdy Jezus wybierał się w drogę, przybiegł pewien człowiek i upadłszy przed Nim na kolana, pytał Go: „Nauczycielu dobry, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne?”

Jezus mu rzekł: „Czemu nazywasz Mnie dobrym? Nikt nie jest dobry, tylko sam Bóg. Znasz przykazania: Nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij, nie zeznawaj fałszywie, nie oszukuj, czcij swego ojca i matkę”. On Mu rzekł: „Nauczycielu, wszystkiego tego przestrzegałem od mojej młodości”. Wtedy Jezus spojrzał z miłością na niego i rzekł mu: „Jednego ci brakuje. Idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną”. Lecz on spochmurniał na te słowa i odszedł zasmucony, miał bowiem wiele posiadłości.
Wówczas Jezus spojrzał wokoło i rzekł do swoich uczniów: „Jak trudno jest bogatym wejść do królestwa Bożego”. Uczniowie zdumieli się na Jego słowa, lecz Jezus powtórnie rzekł im: „Dzieci, jakże trudno wejść do królestwa Bożego tym, którzy w dostatkach pokładają ufność. Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do królestwa Bożego”. A oni tym bardziej się dziwili i mówili między sobą: „Któż więc może się zbawić?”
Jezus spojrzał na nich i rzekł: „U ludzi to niemożliwe, ale nie u Boga; bo u Boga wszystko jest możliwe”.

 

Nie znamy dalszych losów bogatego młodzieńca.
Nie wiemy, co ostatecznie w wewnętrznej walce, jaką zapoczątkowała rozmowa z Jezusem zwyciężyło.
Pragnienie bycia bardziej dla Boga, pragnienie bycia z Jezusem, czy przywiązanie do posiadanych posiadłości? 
To co istotne, to uświadomienie sobie własnych pragnień i własnych przywiązań, które nas zniewalają i nie pozwalają iść za wewnętrznym wezwaniem serca. 
Te wszelkie nieuporządkowane więzy, oplatają nas tak, ze nawet sobie nie zdajemy z nich sprawy.
Najczęściej omijamy ten problem na naszej modlitwie.
A dziś Pan zachęca nas do przyjrzenia się temu wszystkiemu gdzie brak nam wolności.
On chce nam  wskazać nasze „bogactwa” , nie po to aby nas zasmucić, ale by pokazać gdzie leżą zagrożenia na naszej uczniowskiej drodze.
 
Reakcję młodzieńca, nieraz zapewne już w swoim życiu przeżyliśmy. Wielkie porywy serca, pełna (według nas) gotowość do zmiany, radość z odkrycia naszej życiowej misji, powołania.
To piękne przeżycie wchodzi w konfrontację z rzeczywistością.
Aby pragnienie zrealizować trzeba poświęcić taką lub inną relację, takie lub inne rzeczy, sprawy…  
Wymaganie okazuje się zbyt wielkie.
Cofamy się zasmuceni, zamykamy się w sobie.
Gorycz, żal, przygnębienie.
Nie dostrzegamy, że to my jesteśmy zakładnikiem ludzi i rzeczy. Odstępujemy od pomysłu zrealizowania marzeń i pragnień.
Z zazdrością patrzymy na tych, którym się to udaje i niemal winimy ich za naszą niemożność.
 
Zakopujemy pragnienia, tłumaczymy sobie, że to nie dla nas.
Gdy czasem wracają w pamięci, wywołują smutek, żal, czasem prowadzą do depresji a czasem do agresji wobec innych.
Mogło być tak pięknie myślimy, ale to nie w moim zyciu, nie w moich realiach, które traktujemy jako niezmienne, narzucone, nie do pokonania.
Więź z „bogactwami” ostatecznie zrywa się w chwili naszej śmierci i wtedy Pan Bóg już nie ma konkurentów. 
Na co dzień, to nasze „bogactwa” duchowe, emocjonalne, osobowe i rzeczowe przysłaniają i oddzielają nas od Jezusa.
Są w różnych momentach naszego życia ważniejsze od Jego Miłości.   
Co  dziś jest moim „bogactwem”?
Czy odważę się na stanięcie w prawdzie o sobie i o moich przywiązaniach?
A może zasmucona odwrócę się i odejdę…
Pan jednak będzie dalej za mną patrzył i czekał aż nasze oczy znów się spotkają, aby mnie wyzwolić …

 

Dziękuję i pozdrawiam

Podziel się z innymi:

Święty Hilary I

ŚWIĘTY HILARY I, PAPIEŻ

28 lutego

 

Święty Hilary I

Hilary pochodził z Sardynii.

Był legatem papieskim na synodzie w Efezie.
Został wybrany na stolicę Piotrową 19 listopada 461 roku.
Próbował uporządkować Kościół od strony administracyjnej, zwłaszcza na terenie Galii.
W Rzymie wybudował m. in. bazylikę św. Wawrzyńca za Murami.
Zmarł 29 lutego 468 roku.

 

 

 

 

 

 

 

Podziel się z innymi:

BÓG NIE ZAPOMINA O NIKIM

Czytanie z księgi proroka Izajasza (Iz 49, 14-15)

 

Mówił Syjon: „Pan mnie opuścił, Pan o mnie zapomniał”. Czyż może niewiasta zapomnieć o swoim niemowlęciu, ta, która kocha syna swego łona? A nawet gdyby ona zapomniała, Ja nie zapomnę o tobie.

Czy możliwe jest aby Pan zapomniał o swoim stworzeniu, które powołał do życia z Miłości?

Czy jest możliwe, aby zaprzeczył sam sobie?

Wiemy doskonale, że nie.

I w normalnym czasie gotowi jesteśmy na to przysięgać.

Gdy jednak przychodzi czas trudny, dramatyczny, tragiczny natychmiast zaczynamy lamentować, że oto Pan o nas zapomniał, że nas się wyrzekł, że o nas już nie dba.

Uważamy że Pan nam błogosławi gdy wszystko jest po nasze myśli, gdy nie dotyka nas utrapienie, choroba, bezdomność, bezrobocie, utrata bliskich, niewola (jak narodu wybranego, do którego te słowa Pan skierował przez Deutero_Izajasza).

W dobrobycie łatwo rozpoznajemy Bożą Opatrzność.

I niestety nie zawsze za Nią dziękujemy, ani Ją doceniamy.

Dopiero gdy los nasz czy naszych bliskich jest zagrożony, zaczynamy szukać przyczyn takiego stanu rzeczy i jedyne co nam przychodzi do głowy wtedy to oskarżanie Pana Boga o odrzucenie nas, o zapomnienie o nas.

Iluż wtedy obraża się i mówi : „nie będę się Mu narzucać. Nie będę prosił. On i tak mnie nie chce, On mnie nie słucha”.

Iluż wtedy zaczyna mnożyć przysięgi i obietnice, aby tylko, jak w magii, zapewnić sobie ponownie przychylność Pana Boga przejawiający się wedlug nich w bezproblemowym życiu.

Iluż wreszcie mówi wierzę Panie, że jesteś ze mną. Wierzę, że niezależnie od tego jaki/jaka jestem, że o Tobie zapominam to jestem dla Ciebie ważny. Wiem, że nie zostawiasz mnie w doświadczeniu, które sam sobie na głowę ściągnęłam/ściągnąłem. Wiem, że choć ja sam/sama nie odwzajemniam Twojej miłości, to Ty jesteś niezmienny i nie cofasz swojego Słowa.

Ten podział przechodzi przez nasze serca. Raz zachowujemy się tak. Innym razem inaczej. W zależnosci od sytuacji.

Bóg jak najlepsza Matka pochyla się nad każdym z nas. Ale czy my chcemy się na tę Jego Miłość naprawdę otworzyć, przyjąć ją i odpowiedzieć jak kochające i posłuszne dziecko?

 

Podziel się z innymi:

NAJPIERW

VIII NIEDZIELA ZWYKŁA, ROK A

Brewiarz VIII Tydzień Okresu Zwykłego, IV Tydzień Psałterza

 

Kolekta

Wszechmogący Boże, spraw, niech pod Twoimi rządami dzieje świata toczą się w pokoju, a Twój Kościół niech bez przeszkód Tobie służy. Przez naszego Pana Jezusa Chrystusa, Twojego Syna, który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, Bóg, przez wszystkie wieki wieków.

 

 

Pierwsze czytanie Iz 49, 14-15

Psalm Ps 62

Drugie czytanie 1 Kor 4, 1-5

 

Ewangelia Mt 6, 24-34

Jezus powiedział do swoich uczniów: „Nikt nie może dwom panom służyć. Bo albo jednego będzie nienawidził, a drugiego będzie miłował; albo z jednym będzie trzymał, a drugim wzgardzi. Nie możecie służyć Bogu i Mamonie. Dlatego powiadam wam: nie troszczcie się zbytnio o swoje życie, o to, co macie jeść i pić; ani o swoje ciało, czym się macie przyodziać. Czyż życie nie znaczy więcej niż pokarm, a ciało więcej niż odzienie? Przypatrzcie się ptakom w powietrzu; nie sieją ani żną i nie zbierają do spichrzów, a Ojciec wasz niebieski je żywi. Czyż wy nie jesteście ważniejsi niż one?

Kto z was przy całej swej trosce może choćby jedną chwilę dołożyć do wieku swego życia? A o odzienie czemu się zbytnio troszczycie? Przypatrzcie się liliom na polu, jak rosną: nie pracują ani przędą. A powiadam wam: nawet Salomon w całym swoim przepychu nie był tak ubrany jak jedna z nich.
Jeśli więc ziele na polu, które dziś jest, a jutro do pieca będzie wrzucone, Bóg tak przyodziewa, to czyż nie o wiele pewniej was, małej wiary? Nie troszczcie się więc zbytnio i nie mówcie: co będziemy jeść? co będziemy pić? czym będziemy się przyodziewać? Bo o to wszystko poganie zabiegają. Przecież Ojciec wasz niebieski wie, że tego wszystkiego potrzebujecie.
Starajcie się naprzód o królestwo Boga i o Jego sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane. Nie troszczcie się więc zbytnio o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Dosyć ma dzień swojej biedy”.


 

Nieobecne spojrzenia.

Myśli krążą wokół spraw jakie przyniosą nadchodzące dni. Potrzeba kupić, potrzeba załatwić. Skąd wziąć pieniądze. Może kredyt? Jakoś się go spłaci. Ceny rosną, ale może jakieś dodatkowe pieniądze też wpadną. Gdybym awansował byłoby łatwiej. Ale to trzebaby sprawić, aby X-owi powinęła się noga…..

Leki drożeją a lekarz wypisał nowe. Trzeba iść jutro wykupić. Czy wystarczy? A jak zabraknie do kolejnej emerytury to może nie kupować. Tylko co wtedy? Nie jeść, a może nie płacić rachunkow?

 

Codzienna rzeczywistość dotykająca i tych co mają wiele i tych co cierpią nieustanny brak.

Z czego i jak przeżyć najbliższy miesiąc, kwartał, rok.

Jedni martwią się wciąż o to, jak pomnożyć posiadany kapitał i spadki na giełdzie odbierają im sen wróżąc bliżej nieokreśloną katastrofę finansową.

Inni zamartwiają się o to jak przeżyć od pierwszego do pierwszego. 

Te troski zajmują myśli, energię, siły i czas.

Są tłem, czasem mniej, czasem bardziej  widocznym każdych 24 godzin życia. 

Żłobią na twarzach bruzdy.

Niektórzy sięgają do modlitwy.

Podejmują nowenny (często łańcuszkowe) mające załatwić sprawy finansowe.

Odklepują przypisane modlitwy i skupiają się na oczekiwanym cudzie.

A cud się nie zjawia.

Dalej …  albo mnożą dalej modlitwy szukając tej najbardziej „skutecznej”,  albo odwracają się od Pana Boga.

 

Dziś Pan mówi: Nie troszczcie się zbytnio.

Zabieganie i zatroskanie o sprawy doczesne nie może, nie powinno przysłonić całego świata, nie może przysłonić tego co najważniejsze. Jesteśmy powołani aby służyć Bogu i żyć na Jego chwałę.

Czy Twoje zatroskanie, smutek, rozdrażnienie jest wyrazem Twojej rozumnej służby Bogu, czy jest poszukiwaniem Jego woli, czy jest życiem na Jego chwałę?

Jeśli masz niewiele, to byc może właśnie to niewiele jest całkowicie wystarczające i nie ma większego sensu w zamartwianiu się o rzeczy, które może są niepotrzebnym dodatkiem.

Jeśli masz wiele, to nawet jeśli coś z tego utracisz, to czy dojdzie do katastrofy?

Niezależnie od tego ile posiadasz, to czy możesz poprzez swoją zasobność choć o godzinę przedłużyć swoje życie? Ktoś powie owszem , przez lepszą opiekę medyczną, lepsze leki.

To nie do końca prawda. Ani najlepsza opieką, najdroższe leki, najlepsze odzywianie, najbardziej wyszukane luksusy nie wydłużą życia, kiedy nadejdzie nasz moment powrotu do Boga.

 

Podobnie niedostatek i braki nie spowodują (o ile sami nie pomożemy), że nasz życie skończy się przed czasem, jaki Pan mu wyznaczył.    

 

Starajcie  się najpierw o Królestwo Boże i Jego sprawiedliwość, a cala reszta będzie dodana.

 

Najpierw.

Moje priorytety.

Moje intencje.

Czy niezależnie od sytuacji, w jakiej się znajduję na pierwszym miejscu są Boże sprawy.

Czy w sytuacji braków potrafię za nie dziękować i uwielbiać Boga?

Czy gdy przychodzi czas niedostatku albo obfitości na pierwszym miejscu wciąż jest dbałość o Bożą sprawiedliwość, o Jego wolę w moim życiu?

Czy powierzone mi przez Bożą Opatrzność środki materialne traktuję jako narzędzie do realizacji Jego planów, które staram się rozpoznać i wykonać?

 

Dawno temu chciałam sprawdzić czy potrafiłabym tak zaufać jak święty Paweł Apostoł i nie troszczyć się zbytnio o środki do życia.

Przeszłam bolesną lekcję.

Nagły kryzys poprowadził mnie do nadmiernej troski i wewnętrznej szarpaniny.

Coraz trudniej było mi wtedy modlić się, ufać, wierzyć że cała ta moja trudna sytuacja jest pod Bożą kontrolą i opieką i służy mojemu dobru.

Wiele mi Pan poprzez te wydarzenia pokazał, wiele nauczył. Niemal codzień namacalnie udawadniał prawdziwość swoich Słów, że On się o mnie troszczy.

 

Dziś nawet w sytuacji braku, wiem już jak nie wolno mi postępować. Znam zagrożenia płynące z pokusy zwątpienia.

Poznałam moje słabe strony i już wiem gdzie szukać pomocy i ratunku. 

Pan zajmuje się tym co dla mnie zbyt trudne, a ode mnie oczekuje większego zaufania i troski o Jego sprawy, we mnie, w relacjach z innymi, w tych do których mnie codzień posyła.

W tym wszystkim wspiera mnie swoją Łaską i Miłością, oczekując coraz wierniejszej wierności i pogłębianego co dzień zaufania.

Gdy zapominam o priorytetach, moi Przyjaciele, Jego dar, delikatnie odświeżają mi pamięć.

I za te wszystkie doświadczenia jestem wdzięczna. 

 

Dziękuję i pozdrawiam.

Podziel się z innymi:

Święty Gabriel od Matki Bożej Bolesnej

ŚWIĘTY GABRIEL OD MATKI BOŻEJ BOLESNEJ

27 lutego

 

Święty Gabriel od Matki Bożej Bolesnej

Franciszek Possenti urodził się w Asyżu 1 marca 1838 r. Jego ojciec piastował urząd gubernatora tego miasta i okolic z ramienia Stolicy Apostolskiej, gdyż obszar ten należał wówczas do państwa kościelnego.
Pierwsze lata swojego życia spędził św. Gabriel w różnych miejscach, a to dlatego, że jego ojciec nie zdecydował się jeszcze, gdzie obrać sobie stałą rezydencję. W roku 1856 osiadł na stałe w Spoleto. Gdy Franciszek miał 4 lata, zmarła jego matka.
Franciszek odbywał studia najpierw u Braci Szkół Chrześcijańskich, którzy pogłębili w nim zasady religijne, wyniesione już z domu. Od roku 1850 uczęszczał do kolegium jezuitów. Należał do najlepszych uczniów. Miał wówczas 12 lat. Sakrament Bierzmowania przyjął z rąk arcybiskupa Jana Sabbioni. Dbał aż do przesady o swój wygląd zewnętrzny, lubił grę w karty, tańce, imprezy artystyczne, wieczorki towarzyskie, polowania. Po krótkim okresie zbyt swobodnej młodości 22 sierpnia 1856 r. wstąpił do klasztoru pasjonistów w Morovalle, gdzie przyjął imię zakonne Gabriel.
Ojciec, który myślał o zaślubieniu go z pewną panienką z dobrej rodziny, był stanowczo przeciwny, by jego syn szedł do zakonu i to wówczas jednego z najsurowszych. Franciszek zdołał jednak przełamać opór ojca i 6 września tegoż roku jako 18-letni młodzieniec pożegnał ojca i braci, i zapukał do bram nowicjatu. Obrał sobie zakon, którego celem było pogłębianie w sobie i szerzenie wśród otoczenia nabożeństwa do męki Pańskiej i do Matki Bożej Bolesnej. Dwa te nabożeństwa jakoś młodzieńcowi szczególnie przypadły do serca. One też uświęciły go tak dalece, że po niewielu latach wzniósł się aż na stopień heroiczny doskonałości chrześcijańskiej. Zachował się notatnik Świętego, w którym notował on sobie postanowienia do coraz to nowych ofiar w duchu pokuty. Był gotów przyjąć wszystkie, choćby największe męki, byle tylko pocieszyć Serce Boże i Jego Matki.

Zmarł na gruźlicę 27 lutego 1862 r., mając 24 lata, nie doczekawszy święceń kapłańskich.
 
Włosi nazywają św. Gabriela Santo del sorriso – „Świętym uśmiechu”.

 
Jest patronem kleryków i młodych zakonników.
 
Papież św. Pius X ogłosił Gabriela błogosławionym (1908), a papież Benedykt XV wpisał go do katalogu świętych (1920). Papież Pius XI obrał św. Gabriela za patrona młodzieży włoskiej Akcji Katolickiej (1926). W roku 1953 papież Pius XII wyznaczył św. Gabriela na patrona diecezji Teramo i Atri na równi ze św. Bernardynem i św. Reparatą.

(źródło: www.brewiarz.katolik.pl)

 

Podziel się z innymi:

DZIECKO

Czytanie Syr 17, 1-15

Psalm Ps 103, 13-18

 

Ewangelia Mk 10, 13-16

Przynosili Jezusowi dzieci, żeby ich dotknął; lecz uczniowie szorstko zabraniali im tego. A Jezus widząc to, oburzył się i rzekł do nich: „Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie, nie przeszkadzajcie im; do takich bowiem należy królestwo Boże. Zaprawdę powiadam wam: Kto nie przyjmie królestwa Bożego jak dziecko, ten nie wejdzie do niego”. I biorąc je w objęcia, kładł na nie ręce i błogosławił je.

Dziecko.

Każdy z nas w głębi duszy jest dzieckiem.

Nie zawsze jednak chcemy się do tego przyznać, przed sobą i przed Bogiem.

Dziecko jest słabe, potrzebuje delikatności, ciepła, przytulenia.

Czy potrafię przychodzić i stawać przed Panem własnie jak dziecko, z jego wszystkimi potrzebami i słabościami?

 

Czasami zagubieni w grzechach i zranieniach, jesteśmy bezradni i zagubieni jak dziecko. Wstydzimy się jednak tych słabości, niedojrzałości duchowej, psychicznej.

Nie pozwalamy się przyprowadzić do Pana, nie pozwalamy aby nas dotknął.

Zachowujemy się wobec samych siebie, jak uczniowie, którzy zabraniali dzieciom zbliżenia.

 

Pan nie zgadza się na takie zabranianie.

On przyszedł do chorych, małych, slabych, grzesznych.

Do nich należy.

Do nich adresuje zaproszenie do swojego Królestwa Miłości.

Do nich, czyli do każdego z nas, kto uzna swoją małość, bezradność, słabość, kto pragnie stać się w duszy jak dziecko.

 

Do każdego  kto zgodzi się być dzieckiem w ramionach Boga.

 

Dziękuję i pozdrawiam

Podziel się z innymi:

WINICJUSZ ALEKSANDER

Gdyby żył, dziś obchodziłby 83 rocznicę swoich urodzin.

W tym dniu 26 lutego obchodziliśmy również jego imieniny. Podobno już w kalendarzu te imieniny są, ale przed laty Taty imienia kalendarze nie wspominały.

Kapłan, który tatę chrzcił, powiedzial, że przynajmniej imię chrzestne musi być katolickie.

Dziadkowie i chrzestni niewiele się zastanawiając podali imię patrona z dnia urodzin.

Na drugie miał więc Aleksander.

A na pierwsze Winicjusz.

Zmarł 24 lata temu.

Gdyby Opatrzność Boża nie postanowiła inaczej, jego życie zakończyłoby się w kwietniu 1945 roku.

Był więźniem obozu koncentracyjnego w Gussen.

Wycieńczająca praca w kamieniołomach, obawa o los bliskich, malejąca z każdym dniem nadzieja, że przeżyje  doprowadziła do tego, że zasilił szeregi tzw. obozowych „muzułmanów”.

Tak nazywano w obozowym języku, tych co mieli minimalne szanse na przeżycie.

Katowany, głodzony, w końcu na którymś apelu stracił przytomność. W tym czasie, w obozie więźniowie umierali szybciej, niż krematoria były w stanie spalić ciała.

Nieprzytomnego, nagiego rzucono na stos ciał obok krematorium do spalenia w dalszej kolejności.

Ocknął się po paru dniach, gdy pochylał się nad nim amerykański lekarz.

Obóz został wyzwolony, Niemcy uciekli, pozostawiając ciała zmarłych i jak się okazało również żywych.

Ocałał, nie został spalony ani pochowany żywcem.

Kiedy dzięki leczeniu, diecie po długiej rekonwalescencji doszedł do siebie, zaczął szukać informacji o rodzinie przez Czerwony Krzyż. 

Niestety nie było żadnych informacji i wszystko wskazywało na to, że jego rodzice i 4 rodzeństwa nie przeżyła wojny w Warszawie. 

Planował wraz z obozowymi kolegami, którzy podjęli decyzję o niewracaniu do kraju, rozpoczęcie nowego życia w Holandii.

W dniu kiedy z terenów przylegających do obozu odjeżdzał pociąg do Holandii i ostatni pociąg do Polski (przed zamknięciem granic), gdy siedział już w wagonie, który miał go zwieźć do lepszego, zachodniego życia w ostatniej chwili otrzymał list z Czerwonego Krzyża.

Okazało się, że jego mama i 4 rodzeństwa żyje, nie przeżył tylko jego tata.

W jednej chwili zmienił decyzję i postanowił wracać tym ostatnim transportem do Polski. 

Wszyscy mu odradzali, gdyż słyszano już co dzieje się w kraju pod władzami komunistów, niemniej Tata stwierdził, że nie będzie mógł spokojnie żyć gdzie indziej, wiedząc, że jego najbliżsi cierpią sami. Natychmiast przesiadł się z jednego do drugiego pociągu.

Pociąg do Polski, właśnie ruszał….

Wrócił do kraju. Zaręczył się z  mieszkającą nieopodal zakochaną w nim dziewczyną.

Wtedy okazało się, że jest poważnie chory.

Obóz zostawił swoje ślady. W osłabionym organiźmie wywiązała się zagrażająca życiu choroba płuc – gruźlica.

Ślub trzeba było odłożyć.

Po leczeniu szpitalnym, tata wyjechał na dalsze leczenie do sanatorium w Kowarach.

Była jesień 1951 roku. 

W sanatorium w Kowarach tata spotkał miłość swojego życia. Obydwoje odkryli w sobie te wartościowe cechy osobowości, których napróżno szukali u swoich narzeczonych. Postanowili się pobrać. Obydwoje wyjaśnili swoim narzeczonym powody, dla których nie zostaną ich współmałżonkami.
Narzeczona taty zrozumiała, podobnie narzeczony mamy.
 
W marcu 1952 roku w Warszawie tata z mamą wzięli ślub cywilny a 31 maja 52r. ślub kościelny.
 
Po kilku latach przyszłam na świat ja, a potem mój brat.
 
Rodzice pozostali sobie wierni przez całe swoje życie, starali się przekazać mnie i bratu wartości, którymi sami żyli na codzień.
Na ile się im to udało mogą powiedzieć tylko ci, którzy znali ich i znają mnie i brata.
 
Patrzę na jego portret wiszący obok portretu mamy, uśmiecham się do nich i całym sercem dziękuję Panu Bogu za życie taty i mamy, za to jacy na co dzień byli.
 
 
Podziel się z innymi:

ŚWIĘTY ALEKSANDER

ŚWIĘTY ALEKSANDER, BISKUP

26 lutego

 

Święty Aleksander

Aleksander urodził się w 250 r. Był biskupem Aleksandrii. Nazwę Aleksandria nosi kilkadziesiąt miast, które założył Aleksander Wielki (356-323 przed Chrystusem).
 
W tym wypadku mowa o Aleksandrii egipskiej.
 
W dziejach pierwszych wieków chrześcijaństwa miasto to odegrało wybitną rolę. Wystarczy wspomnieć, że po Rzymie w Martyrologium Kościoła jest najczęściej wspominane obok Konstantynopola. Samych biskupów ma na ołtarzach 11. Wśród nich są św. Atanazy, doktor Kościoła (+ 373), św. Cyryl, doktor Kościoła (+ 444) i św. Jan Jałmużnik (+ ok. 616).
Od pierwszych lat swojej młodości Aleksander poświęcił się służbie Bożej. Zajmował wśród kleru aleksandryjskiego za rządów św. Piotra, a potem św. Achilla, wybitne miejsce, skoro po śmierci tego ostatniego został wybrany jego następcą (313).

Największą zasługą św. Aleksandra było to, że jako pierwszy rozpoznał błędy Ariusza i z całą stanowczością je zwalczał. Gdyby biskupi Kościoła na Wschodzie poszli jego śladem, herezja Ariusza nie wyrządziłaby Kościołowi Chrystusowemu tyle krzywdy, zaoszczędziłaby mu wiele ran.
 
Ariusz pochodził z Cyrenajki (Afryka), ale kształcił się w Aleksandrii. Tam też został wyświęcony na kapłana.
 
Kiedy Ariusz zaczął publicznie głosić swoją błędną naukę, że Pan Jezus nie jest Synem Bożym naturalnym, ale tylko z adopcji, św. Aleksander zwołał synod, na którym nauka Ariusza została potępiona (320). Naukę tę potępił również pierwszy sobór powszechny, zebrany w Nicei w roku 325. Cesarz skazał Ariusza na wygnanie, a jego pisma jako heretyckie nakazał spalić.
Św. Aleksander wyróżnił się nie tylko jako żarliwy obrońca czystości wiary, ale również jako doskonały administrator i duszpasterz.
Wystawił w Aleksandrii największy kościół ku czci św. Teonasa.
Mnichom, żyjącym w wielkich koloniach w Egipcie, posyłał kapłanów.
Zwołał synod biskupów Egiptu i Libii (320).
 
Zostawił także 70 listów do różnych hierarchów, które stanowią cenne źródło dokumentalne dla poznania ówczesnych dziejów.
 
Wśród nich jest list do cesarza Konstantyna I Wielkiego z prośbą o inicjatywę zwołania soboru powszechnego, co się też stało (325).
 
Na tym soborze w Nicei w imieniu św. Aleksandra przemawiał diakon Kościoła aleksandryjskiego, św. Atanazy, wykazując błędy Ariusza, które zostały potępione. Św. Atanazy właśnie po św. Aleksandrze objął stolicę biskupią w tym mieście.
 
Aleksander pożegnał ziemię dla nieba 18 kwietnia 326 roku.

W ikonografii przedstawiany jest z rylcem w dłoni.
(źródło: www.brewiarz.katolik.pl)

Podziel się z innymi:

ZAPROSZENIE

Dziś 26.02.

o 10.00

łączymy się duchowo

z Sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Łagiewnikach

gdzie ks. Grzegorz odprawi

mszę świętą

w powierzonych mu przez nas intencjach

 

Podziel się z innymi:

ŚWIĘTY CEZARY Z NAZJANZU

ŚWIĘTY CEZARY Z NAZJANZU, PUSTELNIK

25 lutego

 

Cezary urodził się w 330 r. w Azjanzos w pobliżu Nazjanzu (Kapadocja) i pochodził z rodziny świętych: ojciec – św. Grzegorz z Nazjanzu, matka – św. Nona, siostra – św. Gorgonia, brat – św. Grzegorz.

 

Po ukończeniu miejscowych szkół udał się na dalsze studia do Aleksandrii (Egipt), gdzie uczył się: astronomii, geometrii, a przede wszystkim medycyny.

 

Powrócił do Konstantynopola i pełnił na dworze cesarskim urząd lekarza. Miał powierzoną sobie opiekę nad zdrowiem cesarzy Juliana Apostaty i Walensa. Z tego można wnioskować że miał sławę wybitnego lekarza.

 

Zwyczajem ówczesnym Cezary nie przyjął Chrztu świętego jako człowiek młody, ale dopiero po dojrzałym namyśle i przygotowaniu. Musiał prowadzić życie naprawdę budujące, skoro jego brat, św. Grzegorz, w swoich pismach nie szczędził mu pochwał.

 

W roku 368 Bitynię w Małej Azji nawiedziło wielkie trzęsienie ziemi. Rozsypało się w gruzy wiele miast, zginęło wielu ludzi. Cezary, który właśnie wtedy tam się znalazł, ocalał.

Dostrzegł w tym dla siebie ostrzeżenie, by się dłużej nie wahał. Katastrofa ta była przyczyną bezpośrednią przyjęcia przez niego Chrztu świętego w wieku 38 lat.

 

W roku 368 cesarz Walens mianował św. Cezarego kwestorem nad prowincją Bitynia. Oddał mu więc w zarząd wszystkie dobra i finanse.

Święty wszakże niedługo pozostał na tym zaszczytnym urzędzie, gdyż w 369 r. umarł.

W testamencie Święty zarządził, aby cały jego majątek rozdać pomiędzy ubogich.

Kazanie na jego pogrzebie wygłosił jego brat św. Grzegorz z Nazjanzu.

(żródlo: www.brewiarz.katolik.pl)

Podziel się z innymi: