BŁOGOSŁAWIONY WŁADYSŁAW Z GIELNIOWA

  

 

BŁOGOSŁAWIONY WŁADYSŁAW Z GIELNIOWA

Patron Warszawy

25 września

 

Marcin Jan urodził się w Gielniowie koło Opoczna ok. 1440 r. Na chrzcie otrzymał imię Marcin Jan. Jego rodzice byli ubogimi mieszczanami. Po ukończeniu szkoły parafialnej udał się do Krakowa, gdzie kontynuował swoje studia, aż znalazł się na tamtejszym uniwersytecie w roku 1462. Pod tą datą figuruje w księdze rejestracyjnej Akademii Krakowskiej.
W Krakowie zapoznał się z bernardynami, których zaledwie 9 lat wcześniej sprowadził tam św. Jan Kapistran (1453). Jak sam pisze w swoim wierszu autobiograficznym, 1 sierpnia 1462 r. Marcin wstąpił do bernardynów i przyjął imię zakonne Władysław. Tu również najprawdopodobniej odbył swoje studia zakonne i otrzymał święcenia kapłańskie. Nie wiadomo, gdzie spędził pierwsze lata w kapłaństwie. Nie są nam także znane urzędy, jakie sprawował w owym czasie w zakonie. Wiadomo na pewno, że w latach 1486-1487 Władysław przebywał w Krakowie, gdzie m.in. pełnił obowiązki egzaminatora w sprawie cudów, jakie działy się za przyczyną bł. Szymona z Lipnicy, zmarłego w Krakowie w roku 1482. Możemy przypuszczać, że po śmierci bł. Szymona pełnił jego urząd kaznodziei.
W latach 1487-1490 i 1496-1499 sprawował urząd wikariusza prowincji i prowincjała. Przez sześć lat czuwał nad 22 domami zakonu w Polsce: odbywając co roku kapituły prowincji, wizytując domy braci i sióstr, mając troskę o domy formacyjne, uczestnicząc w kapitułach generalnych w Urbino w roku 1490 i w Mediolanie w roku 1498, przyjmując komisarzy generalnych zakonu. Za jego rządów polska prowincja bernardynów powiększyła się o placówki w Połocku i Skępem.
Dla swojego zakonu Władysław zasłużył się najwięcej przez to, że stał się współautorem konstytucji, które zatwierdzone przez kapitułę prowincji i kapitułę generalną w Urbino (1490) stały się na pewien czas dla prowincji obowiązkowym kodeksem prawnym.
Jego życie było przepełnione modlitwą i duchem pokuty. Miał szczególne nabożeństwo do Męki Pańskiej.

Sypiał zaledwie kilka godzin na lichym sienniku, bez poduszki, przykryty jedynie własnym habitem.

Swoje ciało trapił bezustannie postem i biczowaniem.

Na modlitwę poświęcał wiele godzin.

Miał dar łez i ekstaz.

Chodził zawsze boso, nawet w najsurowsze zimy.

Boso (w trepkach) także odbywał wizytacje swojej odległej prowincji i zagraniczne podróże.

Wyróżniał się niezwykłą gorliwością o zbawienie dusz, nie oszczędzając się na ambonie i w konfesjonale.
Pomimo wielkiej surowości dla siebie, był dla swoich podwładnych prawdziwym ojcem.

Otaczał szczególną opieką zakonników starszych, spracowanych oraz chorych.

W swoich konstytucjach wyznacza na przełożonych bardzo surowe kary, gdyby ci zaniedbali opieki nad chorymi braćmi. Silnie zabiega, aby przełożeni pilnie zaopatrywali potrzeby swoich współbraci, tak dalece, by się nie ważyli kupować czy sprawiać sobie czegokolwiek zanim nie zadbają o to, by w rzeczy potrzebne byli zaopatrzeni najpierw ich podopieczni.

Wielki umiar cechuje go także w wymierzaniu kar. Nakazuje bardzo starannie wybierać kandydatów do zakonu.

Mistrzów nowicjatu przestrzega przed zbytnią gorliwością w stosowaniu prób.

Gdzie jednak widział nadużycia i świadome rozluźnienie reguły, był nieubłagany i stanowczy.

Miał czułe serce dla uciśnionych i potrzebujących.
Zapamiętano go jako płomiennego kaznodzieję.

Był jednym z pierwszych duchownych, który wprowadził do Kościoła język polski poprzez kazania i poetyckie teksty. Tradycja przypisała mu autorstwo wielu pobożnych pieśni. Sam układał pieśni i uczył wiernych śpiewać.

Służyły one pogłębieniu życia duchowego, zapoznaniu się z prawdami wiary i moralności, ukochaniu tajemnic Bożych, zwłaszcza osoby Jezusa Chrystusa i Jego Matki.

Nie tylko sam układał pieśni kościelne, ale zachęcał do tej akcji swoich braci zakonnych.

Układał nadto w języku polskim koronki, godzinki itp.

Charakterystycznym rysem osobowości Władysława było także jego nabożeństwo do Imienia Jezusa oraz do Najświętszej Maryi Panny.

Za przykładem św. Bernardyna, który nosił ze sobą stale tabliczkę, na której był złotymi głoskami wypisany monogram Imienia Jezus, który słuchacze wraz z nim adorowali, Władysław za osnowę swoich kazań brał Imię Jezus.

Swój najpiękniejszy utwór, Żołtarz Jezusów, ułożył w taki sposób, że każda nowa strofa rozpoczyna się właśnie tym Imieniem.

W 1504 r. został gwardianem przy kościele św. Anny w Warszawie.

Tutaj umarł 4 maja 1505 r., w kilka tygodni po ekstazie, jaką przeżył podczas kazania w Wielki Piątek.

Uniósł się wówczas na oczach tłumu wypełniającego świątynię w górę ponad ambonę i zaczął wołać: „Jezu, Jezu!”.
Zaraz po jego śmierci oddawano Władysławowi cześć należną świętym.

13 kwietnia 1572 r. dokonano uroczystego przeniesienia jego relikwii. Miało to miejsce w obecności kardyn
ała-legata papieskiego, Franciszka Commendone i nuncjusza apostolskiego, abpa Wincentego Portico. W uroczystości wziął udział także król Zygmunt August ze swoją siostrą Anną Jagiellonką, senatorowie i posłowie, którzy zjechali się na sejm do Warszawy.

W roku 1627 rozpoczęto proces informacyjny według nowych rozporządzeń, jakie wydał papież Urban VIII.

Tenże papież podpisał akta tego procesu przesłane do Rzymu. W 1635 roku komisja pod przewodnictwem biskupa Adama Nowodworskiego otwarła grób ponownie, szczątki śmiertelne zmarłego przełożono do cynowej urny i sporządzono protokół. Z powodu wojen proces wznowiono dopiero w 1724 r.

Uroczystości beatyfikacyjne odbyły się w Polsce 3 sierpnia 1750 r. Benedykt XIV wydał urzędowy akt w tej sprawie 11 lutego 1750 r. Właściwe uroczystości przygotowano jednak dopiero w roku 1753, łącząc je z 300-letnią rocznicą przybycia bernardynów do Polski.

W roku 1759 Klemens XIII ogłosił bł. Władysława patronem Królestwa Polskiego i Litwy.

19 grudnia 1962 r. papież Jan XXIII ogłosił bł. Władysława z Gielniowa głównym patronem Warszawy.

Obecnie główną Patronką Warszawy jest Najświętsza Maryja Panna Łaskawa z kościoła jezuitów przy katedrze.

Błogosławiony Władysław jest patronem drugorzędnym.

Podziel się z innymi:

NIE BÓJ SIĘ PYTAĆ

Wspomnienie obowiązkowe błogosławionego Władysława z Gielniowa, patrona Warszawy

 

Kolekta

Boże, Ty uczyniłeś błogosławionego Władysława, kapłana, miłośnikiem i głosicielem Chrystusowego Krzyża, spraw za jego wstawiennictwem, abyśmy jako uczestnicy cierpień Chrystusa, zostali napełnieni radością, gdy się objawi w chwale. Który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, Bóg, przez wszystkie wieki wieków.

 

Czytanie Koh 11,9  –  12,8

Psalm Ps 90, 3-6.12-14.17

 

Ewangelia Łk 9, 43b-45

Gdy wszyscy pełni byli podziwu dla wszystkich czynów Jezusa, On powiedział do swoich uczniów: „Weźcie wy sobie dobrze do serca te właśnie słowa: Syn Człowieczy będzie wydany w ręce ludzi”.

Lecz oni nie rozumieli tego powiedzenia; było ono zakryte przed nimi, tak że go nie pojęli, a bali się zapytać Go o nie.
 

Droga Jezusa jest i naszą drogą. 

Godzimy się na nią i chętnie akceptujemy w jej radosnych i pełnych podziwu i chwały etapach.

O ewentualnych cierpieniach, odrzuceniu, porażkach staramy się nie myśleć.

W młodości myślimy, że krzyż, dramaty, nie będą nigdy naszym udziałem, a nawet jeśli się wydarzą to napewno wszystko przetrwamy.

Z upływem lat, poznając siebie coraz lepiej, z coraz większym oporem słuchamy trudnego Słowa.

Obawiamy się i lękamy, nie będąc pewni swojej wierności i wytrwałości do końca.

Gdy przychodzi nasz osobisty krzyż, najczęściej nie jesteśmy w stanie dostrzec jego sensu, nie rozumiemy tego doświadczenia i błagamy Pana aby nas od niego uwolnił i wybawił.

Nie potrafimy też rozmawiać z Panem o tym co dla nas niezrozumiałe, chyba dlatego, że obawiamy się usłyszeć odpowiedź. Odpowiedź, którą ciężko byłoby nam zaakceptować i dlatego na modlitwie starannie omijamy niektóre tematy.

Dzisiejsza Ewangelia jest zachętą do szczerej rozmowy z Jezusem o tym, czego w naszym życiu nie rozumiemy, o tym czego się w nim obawiamy, lękamy czy nie zgadzamy.

Jest zachętą do rozmowy z Panem o tych sytuacjach z naszej rzeczywistości, kiedy Pan objawia się nam jakby w swojej słabości, jakby nie chciał okazać swojej wszechmocy.  

Te sytuacje to na przykład nasze tzw. „niewysłuchane” modlitwy w ważnych, dobrych sprawach, a On zachowuje się tak jakby nas wogóle nie słuchał.  

Inna grupa to gorszące wydarzenia w Kościele.  

Jeszcze inne to dopuszczenie przez Boga klęsk żywiołowych lub innych wielkich tragedii.

Kolejne, to obserwacja tego jak kolejni znajomi odchodzą od wiary, czy porzucają stan kapłański czy zakonny.

Jeszcze inna to niezasłużone cierpienia i dramaty dzieci, ubogich, starszych, sierot, wdów. 

Ta pozorna słabość Boga będzie się manifestować w najróżniejszy sposób do końca naszego świata. A my będziemy tego świadkami.

Bog Wszechmogący jest pokorny wobec swojego stworzenia i szanuje jego wolność i wybory.  

W tym przejawia się Jego Miłość do ludzi. On cierpi z cierpiącymi. Można powiedzieć, że to On za każdym razem cierpi pierwszy, a my dopiero potem. W kazdym tragicznym wydarzeniu jest On jakby ponownie wydawany w ręce ludzi.

Tak Pan samo został wydany w nasze ręce podczas tegorocznych klęsk powodzi, podczas katastrofy smoleńskiej.

Cośmy z Nim uczynili w tych dniach…?

Również po cichu tylko w naszych sercach?

Czy dziś zdecydujemy się na szczerą rozmowę, gdy emocje już opadły? Czy zadamy pytania i cierpliwie poczekamy na Jego odpowiedź, nie narzucając Mu naszej wizji postrzegania świata?

Jeśli nawet nie usłyszymy odpowiedzi, albo będzie ona dla nas niezadowalajaca, to czy pozostaniemy przy Jezusie, czy może pójdziemy rozliczać sie ze światem według własnych zasad, albo od tego świata zwyczajnie zechcemy uciec?

W każdym wydarzeniu musimy stale pamiętać, iż droga z Jezusem, nasza i Jego droga nie kończy się na Krzyżu.

Na końcu drogi, jaśnieje zmartwychwstanie i wieczność z Bogiem. Dojdziemy tam zawierzając Mu samych siebie, choć nie pojmujący Go, to kochający, nie lękający się  i wierni również, a może przede wszystkim  właśnie w wydarzeniach Krzyża.

 

Dziękuję i pozdrawiam.

Podziel się z innymi:

Może Senat doprecyzuje zapis…

Cieszę się, że po 50 latach powraca jako dzień wolny od pracy Uroczystość Objawienia Pańskiego czyli popularnie Trzech Króli.

Nie mam też pretensji o zmianę w przepisach kodeksu pracy o czasie pracy. Mogli jednak posłowie zwrócić uwagę na sam zapis. Mogli, ale zapomnieli. Chodzi niby o drobiazg, ale nie wszyscy w naszym kraju pracują w systemie od poniedziałku do piątku. Dla części pracujących, wcale nie tak małej, drugim poza niedzielą dniem wolnym od pracy jest poniedziałek, dla innych wtorek czy środa itd. Pozostawienie zapisu takiego jaki został przyjęty przez Parlament t.j. że święta będące dniami wolnymi od pracy przypadające w soboty i niedziele nie obniżają tygodniowego wymiaru czasu pracy, spowodują albo konieczność doprecyzowywania zapisu w rozporządzeniu ministerialnym albo nierówne traktowanie pracowników zatrudnionych w różnych rozkładach czasu pracy.

Niby drobiazg, ale okazuje się, że w zakresie tworzenia nieprecyzyjnego prawa nadal nic się nie zmieniło.

Może Senat skoryguje ten niewielki brak?

A jeśli nie zmienią, cóż… U mnie na uczelni dla wszystkich pracowników nie będących nauczycielami akademickimi w okresie od października do czerwca  drugim dniem wolnym jest poniedziałek, dla mnie jednej środa. Tylko w ciągu trzech miesięcy w roku mamy wolne w soboty. Jeśli nie będzie doprecyzowania to czasami zyskamy, pracując krócej niż inni.

Podziel się z innymi: