CHRZEŚCIJANIN W KAPCIACH

XXIII NIEDZIELA ZWYKŁA ROK C

Brewiarz XXIII Tydzień zwykły, III Tydzień Psałterza

I NIEDZIELA MIESIĄCA, dziękczynienie

 

Kolekta

Boże, Ty nam zesłałeś Zbawiciela i uczyniłeś nas swoimi przybranymi dziećmi, wejrzyj łaskawie na wierzących w Chrystusa,  i obdarz ich prawdziwą wolnością i wiecznym dziedzictwem. Przez naszego Pana Jezusa Chrystusa, Twojego Syna, który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego,  Bóg, przez wszystkie wieki wieków.

 

Pierwsze czytanie Mdr 9, 13-18b

Psalm Ps 90, 3-6. 12-14. 17

Drugie czytanie Flm 9b-10.12-17

 

Ewangelia Łk 14, 25-33

Wielkie tłumy szły z Jezusem. On zwrócił się i rzekł do nich: „Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem. Kto nie nosi swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem.

Bo któż z was, chcąc zbudować wieżę, nie usiądzie wpierw, a nie oblicza wydatków, czy ma na wykończenie? Inaczej gdyby założył fundament, a nie zdołałby wykończyć, wszyscy patrząc na to zaczęliby drwić z niego: „Ten człowiek zaczął budować, a nie zdołał wykończyć”.
Albo który król, mając wyruszyć, aby stoczyć bitwę z drugim królem, nie usiądzie wpierw i nie rozważy, czy w dziesięć tysięcy ludzi może stawić czoło temu, który z dwudziestu tysiącami nadciąga przeciw niemu? Jeśli nie, wyprawia poselstwo, gdy tamten jest jeszcze daleko, i prosi o warunki pokoju.
Tak więc nikt z was, kto nie wyrzeka się wszystkiego, co posiada, nie może być moim uczniem”.

 

W naszym życiu duchowym, w naszym podążaniu za Chrystusem jako Jego uczniowie,  niezbędne są:

-wytrwałość

-realizm

-odwaga

Na naszej drodze ucznia podążajacego za Panem zagrażają nam trzy niebezpieczeństwa:

– słomiany zapał

– zarozumiałość

– bojaźliwość.

 

Wytrwałość.

Nasze życie duchowe, „przygoda duchowa” jaką jest chrześcijaństwo jest godna tej nazwy tylko wówczas, gdy jest ożywiane wolą doprowadzenia jej do końca.

Tu nic nie może być wykonane połowicznie. Jeśli coś nie zostaje doprowadzone do końca to jest przedsięwzięciem nietrafionym, jest niczym.

Typową chorobą zagrażającą każdemu z nas jest słomiany ogień.

Są osoby, które nie wiedzą dobrze czego chcą, dokąd chcą dotrzeć i dlaczego.

Nieustannie poszukują wrażeń, ale unikają poważnego zaangażowania.

Ich entuzjazm jest przelotny. Gaśnie gdy „gasną światła sceny” i trzeba się wziąć do wytrwałej pracy.

Ich charakterystyczną cechą jest niestałość.

A prawdziwe życie chrześcijańskie musi być kierowane wolą wytrwania aż do końca.

 

Realizm.

Chrześcijański realizm nie stoi w sprzeczności z duchem wiary. Realizm wyklucza jednak lekkomyslność.

Trzeba dokonać realnej oceny sytuacji czyli rozważyć ją, ocenić ryzyko, przygotować konieczne środki.

Po dokładnej ocenie sytuacji trzeba dokonać dokładnego przeglądu własnej rzeczywistości wewnętrznej. Tej ludzkiej i tej nadprzyrodzonej.

Trzeba zadać sobie waze pytania o swoją kondycję duchową. Czy mogę sądzić że w obecnym stanie duchowym, z tą minimalną dawką modlitwy z obowiązku, z tą ilością medytacji zasłyszanej jednym uchem w kościele podczas niedzielnej Eucharystii będę w stanie przezwyciężyć trudności?

To własnie oznacza chrześcijański realizm. Znać cele, które chcemy osiągnąć i znać siebie, czyli realistycznie ocenić własne wyposażenie wewnętrzne.

 

Odwaga.

Ocena naszej rzeczywistosci wewnętrznej nie zawsze prowadzi nas do optymistycznych wniosków. Przeciwnie, są one gorzkie i rozczarowujące.

Jeśli jednak mamy uniknąć ryzyka zarozumiałości, która może prowadzić do katastrofalnych rezultatów, musimy unikać też odwrotnego niebezpieczeństwa: nadmiernej bojaźliwości, która może nas zamknąć w ciasnym więzieniu rezygnacji, tak że nigdy nie podejmiemy ryzyka obalenia jego murów.

Dla tych co są zamurowani, wszystko jest murem, nawet otwarte drzwi.

Często popełniamy ten błąd, że nie próbujemy nawet podjąć walki, uważając ją z góry za przegraną.

Zbyt często mierzymy zamiary na siły, ideały przystosowujemy do naszych słabości – „ponieważ jestem taka/taki muszę zadowolić się…”

To jest bardzo subtelna diabelska pokusa redukcji chrześcijaństwa. A ilu z nas jej na codzień wciąż ulega, nie dostrzegając działania złego ducha?

Tymczasem powinniśmy mierzyć siły na zamiary. „Ponieważ muszę tam dotrzeć, nie mogę zadowolić się… Potrzebuję więcej modlitwy, więcej refleksji, więcej odwagi, więcej ofiary, więcej zdecydowania ….”

Kiedy prawdziwie to Bóg jest naszym celem, to sama atrakcyjność tego Celu wystarcza do wskazania drogi.

Odwaga podjęcia drogi nie stoi w sprzeczności z realizmem.

Jesli nasza ocena sytuacji wypadnie pesymistycznie, możemy zawsze pójść do Tego, który gorąco pragnie zainwestować swój nieskończony kapitał w akcje, które zasługują na Jego wsparcie.

Trzeba jednak zawsze pamiętać, że przed wsparciem naszych przedsięwzięć Bóg uważnie sprawdza projekt, który Mu przedstawiamy.

Decyduje się go finansować tylko wówczas gdy wi
dzi rozmach, odwagę naszych projektów.

Jesli przychodzimy z nieśmiałym pomysłem na mały „kurnik”, możemy usłyszeć zarzut, że Pan oczekiwał od nas planu „wieżowca”. Wiezowiec chętnie by wsparł, bez zwracania uwagi na koszty, ale nie ten kurnik….

Trzeba sobie dobrze wbić do głowy, tylko wielkie ideały, szaleńcze przedsięwzięcia (znamy je dobrze z dziel w jakie zaangażowało się tylu świętych) otrzymują gwarancję sukcesu ze strony Boga.

Nieśmiałe projekty, mała żegluga przybrzeżna są wspierane jedynie przez nas samych. I dlatego też często nam się nie udają. A my bojaźliwie zastanawiamy się co źle zrobiliśmy, czemu Pan nam ponownie nie pobłogosławił? 

Bóg nie chce w nie wchodzić, nawet jeśli wypiszemy na sztandarach Jego imię.

Nie będzie zwracać wydatków za ciepłe kapcie i za wygodny fotel, jakie wybraliśmy dla naszego chrzescijańskiego życia.

 

Dziękuję i pozdrawiam.

Podziel się z innymi:

8 myśli nt. „CHRZEŚCIJANIN W KAPCIACH

  1. Co by zrobiła mała Terenia od Dzieciątka Jezus ze swoja „małą drogą”?Ja chyba zbyt dosłownie odczytałam Twoją notkę -prawda?

    • Dopiero teraz przeczytałam ten wpis…, a na Tereskę powołałam się wyżej odpowiadajc już Tobie:-)Tereska wiernie trwała :-)Napewno pamiętasz jej opis wspinania się po stopniach schodów, i ciągłe upadki dziecka i to jak zaregował na to Ojciec….Malutkie kroczki w zwyczajności są często największymi, milowymi krokami 🙂 🙂 🙂 Pozdrawiam serdecznie Moherku

  2. Też się uśmiechnęłam:) Ale pomyślałam sobie: a co jeśli czyjeś życie składa się z rzeczy małych? Żadnych wieżowców, wielkiej żeglugi…tylko dużo małych kroków do zrobienia. Czy to znaczy, ze taki człowiek źle odczytał wolę Bożą w swoim życiu?

    • Tu nie chodzi o malutkie kroczki, jak w drodze św. Teresy od Dzieciątka Jezus czy Sługi Bożej s. Leonii Nastał. Jesli naszym celem jest Bóg a naszym pragnieniem życie z Nim teraz i w wieczności to jet to własnie „wieżowiec”. A z chałupką i żeglugą przybrzeżną mamy doczynienia gdy wciąż się zasłaniamy własną naturą, która wzbrania sie z pogłebieniem relacji, głebszym zaangażowaniem w owe małe kroczki, lęka się utracić siebie i widząc że się nie spełnia, zamiast odważnie zaryzykować to … woli narzekac, utyskiwać, wpadać w czarne nastroje skupiona na sobie, a nie na celu. Ta natura, oczekuje ze Bóg dokona sam wszystkiego, ale On nas nie chce w ten sposób zbawiać i prowadzić do świętości. Zaprasza do wypłynięcia na „głębię”, gotów w każdej chwili ratować w zwątpieniu. Tyle że żegluga przybrzeżna nie wypłynie na glebie, bo z góry założyła że się do tego nie nadaje. I choć mówi że ufa i kocha, to w głebi serca sama/sam wie, że nie ufa, a jej miłośc jest powierzchowna. Pan Bóg może tylko ją zachęcać, dawać natchnienia i cierpliwie czekać.I jeszcze jedno. Mamy być wierni w owych malutkich kroczkach :-), jak sługa w małych sprawach. Nie zniechęcać się ze idziemy pomału do przodu, że upadamy, to jest ów „wielki wieżowieć”. A mała chałupka wyjdzie nam gdy nawet przez chwilę bedziemy dawać wielkie kroki, a potem przy pierwszej większej próbie załamiemy ręce i usiądziemy na poboczu drogi… Tę próbę chcieliśmy przejść o własnych siłach, żeby Panu Bogu pokazać, jacy to wspaniali jesteśmy, a On oczekiwał, że poprosimy Go o pomoc….Pozdrawiam serdecznie Moherku

  3. Uśmiechnęłam się z rana czytając Twój komentarz Barko…no i te kapcie ciepłe..he,he…nic z tego….boso Biedronka biega nadal…bez dywanów w domu na zimnej posadzce stawia stopy…rozgrzewa je słonkiem łaski Bożej.Pan Bóg nie czeka na warunki dobre, wygodne, ale na gotowość otwartego serca.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *