Dzień Bloga

Za dwa tygodnie minie dwa lata, od dnia kiedy napisałam na tym blogu pierwszą notkę. A dziś, już bez takich fajerwerków jak w ubiegłym roku,  przypada Dzień Bloga, dzień piszących ale i przede wszystkim czytających i komentujących wpisy na róznorodnych blogach. Część piszących pojawia się jak meteory i jeszcze szybciej znika. Inni tworzą po kilka blogów, które regularnie uzupełniają przemyśleniami, wierszami, zdjęciami. Jedni piszą blogi profesjonalne, pełne pasji i zaangażowania, inni snują spokojne refleksje czy dokumentują zdarzenia ze swojego otoczenia. Jednym słowem blogosfera jest jak bogata, barwna mozaika, mieniąca się najróżniejszymi barwami i emocjami. Za blogami stoją ich autorzy młodsi, starsi, czasami jeden blog pisze kilka osób. Nieraz, nawet nie wiedząc o tym, mijamy ich na ulicy czy siedzimy obok siebie w szkole, w pracy, na uczelni.

Odwiedzam w miarę regularnie kilka blogów i wciąż odkładam na „jutro” uzupełnienie linków z ich adresami. Może w najbliższych dniach pojawi się i na moim blogu kącik blogowych znajomych. Choć z drugiej strony ilekroć zamierzam to zrobić, z moim własnym blogiem zaczynają się problemy techniczne i wtedy skupiam się bardziej na ich rozwiązywaniu. Zobaczymy jak będzie tym razem. 

Pozdrawiam i piszących i tylko czytających.    

  

Podziel się z innymi:

Sierpień 1980 roku w ZM „Ursus” w Ursusie

Po skończeniu studiów we wrzesniu 1978 podjęłam pracę w ZM „Ursus” w Ursusie. Potrzebowali informatyków. Każdy z nas w tamtych czasach, po skończeniu nauki  otrzymywał tak zwaną „ofertę nie do odrzucenia”. Tak zwane „darmowe” studia należało obowiązkowo odpracować w wyznaczonych (czasem były to dwa, trzy miejsca do wyboru) miejscach.

Z kilku „propozycji” wybrałam własnie Ursus. Ja, która plany zajęć spisywałam od godziny 12.00, bo na wcześniejszą godzinę wykładów nie miałam szans otworzyć oczu, wymyśliłam, że do pierwszej normalnej pracy będę dojeżdżać na 7.00, czyli z domu wychodzić o 6.00; czyli wstawać co najmniej o 5.30. Wszyscy – rodzina, znajomi, przyjaciele – przyglądali się z niedowierzaniem, prorokując że po pierwszym miesiącu pracy albo ja zrezygnuję, albo mnie zwyczajnie wyrzucą…. za spóźnienia. To drugie niemal się spełniło. Mój szef, najpierw bardzo chwalił, a potem powiedział, że jeżeli nie zacznę stawiac się do pracy na 7.00, to się rozstaniemy….

Cóż było robić? Zawiozłam do pracy niezbędnik pracownika w postaci ukochanego „jaśka” i …. Od tego dnia w pracy byłam przed 7.00, odbijałam wszystkim karty (chyba ze był nalot kadr), po czym wyciągałam na biurko swój „jasiek” i dosypiałam….Koleżanki i koledzy schodząc się stopniowo do pokoju, nie przeszkadzali, koło 8.00 robili kawę i tak zaczynaliśmy twórczy dzień. Kierownictwo przymykało oczy, bo powtarzałam, że kazali mi być w pracy, więc jestem… , nie mówili przecież, że mam od 7.00 pracować. Zawsze mówiłam i nadal powtarzam, że o 7.00 udój informatyków jest zerowy. To zaowocowało moim pierwszym postulatem-marzeniem – ruchomy czas pracy. W tamtych czasach to było marzenie ściętej głowy.

Z racji obowiązków związanych z wdrażaniem sytemu informatycznego, często chodziłam na fabryczne hale i mialam kontakt z robotnikami, brygadzistami, inżynierami. Stopniowo się poznawaliśmy. Byli pozytywnie zaskoczeni, gdy część młodzieży  z biurowca (tak nas nazywali) właczyła się do poparcia protestu na Wybrzeżu. Przeżyłam i pokonałam już pierwszy strach przed wyrzuceniem, a że postulaty były zgodne z moimi przekonaniami i sumieniem, to tak jak mogłam i potrafiłam angażowałam się w to co działo się w fabryce. Czas napięcia. Oczekiwania. Czas wielkiej wiary, że tym razem będzie inaczej. Że nie powtórzy się Poznań, Gdańsk, Warszawa, Radom. Czas nadziei. Na jednych twarzach było widać promieniowanie nadziei i wiarę. Na innych lęk, powatpiewanie. Byli tacy, którzy wciąż przynosili hiobowe proroctwa z tak zwanych „pewnych” źródeł, że napewno zaraz to sie skończy, że lepiej się nie wychylać, że lepiej żyć spokojnie tak jak do tej pory, że po co to wszystko i tak się nic nie zmieni, że nie warto ryzykować, „wielki brat” przecież nigdy na coś takiego nie pozwoli…. Później owi „hiobowcy” najgłosniej krzyczeli z radości i czym prędzej zapisywali się do NSZZ „Solidarność”. Pamiętam jak ze łzami w oczach i modlitwą w sercu oglądałam i słuchałam  transmisji z podpisywania Porozumień. Już wtedy było wiadomo, ze nie będzie łatwo. Że mogą być prowokacje, że to dopiero początek, a nie koniec….

W ramach KZ wybrano mnie na przewodniczącą komisji płacowej. Gdzieś zaowocowały wcześniejsze rozmowy na halach fabrycznych. Najzabawniejsze zaś jest to, że nie zdążyłam przez ten cały czas do grudnia 1981 roku, ani nigdy później  odebrać swojej legitymacji, wydawało mi się to wtedy najmniej ważne. W biurku zaś obok dyżurnego jaska, (potem też się przydawał), leżały biało czerwone opaski „S”. Były jeszcze kilka razy w użyciu.         

Podziel się z innymi:

Rutyna codzienności

Czytanie 1 Tes 4, 13-18

Psalm Ps 96, 1. 3-5. 11-13

 

Ewangelia Łk 4, 16-30

Jezus przyszedł do Nazaretu, gdzie się wychował. W dzień szabatu udał się swoim zwyczajem do synagogi i powstał, aby czytać. Podano Mu Księgę proroka Izajasza.

Rozwinąwszy księgę, natrafił na miejsce, gdzie było napisane: „Duch Pański spoczywa na Mnie, ponieważ Mnie namaścił i posłał Mnie, abym ubogim niósł dobrą nowinę, więźniom głosił wolność, a niewidomym przejrzenie; abym uciśnionych odsyłał wolnych, abym obwoływał rok łaski od Pana”. Zwinąwszy księgę oddał słudze i usiadł; a oczy wszystkich w synagodze były w Nim utkwione.
Począł więc mówić do nich: „Dziś spełniły się te słowa Pisma, któreście słyszeli”. A wszyscy przyświadczali Mu i dziwili się pełnym wdzięku słowom, które płynęły z ust Jego. I mówili: „Czy nie jest to syn Józefa?”
Wtedy rzekł do nich: „Z pewnością powiecie Mi to przysłowie: „Lekarzu, ulecz samego siebie”; dokonajże i tu, w swojej ojczyźnie tego, co się wydarzyło, jak słyszeliśmy, w Kafarnaum”.
I dodał: „Zaprawdę powiadam wam: Żaden prorok nie jest mile widziany w swojej ojczyźnie. Naprawdę mówię wam: Wiele wdów było w Izraelu za czasów Eliasza, kiedy niebo pozostawało zamknięte przez trzy lata i sześć miesięcy, tak że wielki głód panował w całym kraju; a Eliasz do żadnej z nich nie został posłany, tylko do owej wdowy w Sarepcie Sydońskiej. I wielu trędowatych było w Izraelu za proroka Elizeusza, a żaden z nich nie został oczyszczony, tylko Syryjczyk Naaman”.
Na te słowa wszyscy w synagodze unieśli się gniewem. Porwali Go z miejsca, wyrzucili Go z miasta i wyprowadzili aż na stok góry, na której ich miasto było zbudowane, aby Go strącić.
On jednak przeszedłszy pośród nich oddalił się.

 

 

Trwa czas Łaski. Codzień Pan przychodzi do każdego z nas głosząc Dobrą Nowinę, wolność więzniom, niewidomym przejrzenie, ulgę uciśnionym. Codzień pyta o naszą wiarę, oczekiwania, miłość. Na ile jesteśmy gotowi powierzyć Mu nasze zniewolenia i uzależnienia aby nas wyzwolił? Na ile gotowi jesteśmy powiedzieć Mu o naszej ślepocie duchowej aby móc przejrzeć? Na ile chcemy dopuścić Go do tego co trudne i uciążliwe w naszym życiu, aby dał nam ulgę w cierpieniu? Na ile chcemy otwierać się na przyjęcie wszlekich łask jakie On dla nas ma dziś, tu i teraz?

Żeby powierzyć Mu własne zniewolenia trzeba je najpierw rozeznać. Najczęściej nie dostrzegamy ich lub lekceważymy, mysląc, że ze wszystkim sami sobie poradzimy. Żeby poprosić o otwarcie oczu, trzeba chcieć widzieć. Nam jednak duchowa ślepota nie przeszkadza. Przyzwyczailiśmy się żyć w półcieniach, pólmrokach, ciemnościach. Światło nas razi, odruchowo zamykamy oczy. Obawiamy się jasności, zbyt wiele byłoby wtedy widoczne. 

Kłopoty, trudności, mniejsze i większe dramaty. Zaprzątają umysł, zmuszają do podejmowania konkretnych nie zawsze skutecznych działań. Pochłaniają czas i energię. Na szukanie pomocy i ratunku poza własną przedsiębiorczością nie mamy już sił.

Pan przenika i zna nasze serca i myśli, pragnienia i bolączki. Pragnie pomóc. Jak na Jego pragnienia odpowiadamy?. Kim On jest dla nas na codzień? Czy po wyjściu z niedzielnej mszy świętej o Nim pamiętamy? Czy zapraszamy Go do naszego życia, rodziny, wspólnoty?

A czy żyjąc z Nim na codzień w pewnym momencie nie popadamy w taką rutynę, jak mieszkańcy Jego rodzinnego Nazaretu. Niezauważalnie nasza wiara i miłość słabnie. Przez to, że jesteśmy tuż obok Niego, oczekujemy specjalnych darów, potwierdzeń, znaków tylko dla wybranych. Dziwimy się i oburzamy, gdy słyszymy że działa cuda gdzie indziej, a nie u nas.

Nam już spowszedniał. Jest obecny wśród nas, a na zewnątrz nie widać Jego wpływu na nasze stwardniałe serca, przykurzoną i skurczoną wiarę. Potrzebujemy łaski rozpalenia na nowo miłością i wiarą w Jego żywą obecność wśród nas, w naszej codzienności, w domach, w pracy, w rodzinie, we wspólnotach. Czy właśnie o tę łaskę odnowy dziś Go poprosimy?

 

Dziękuję i pozdrawiam

Podziel się z innymi:

ŚWIĘTY JAN CHRZCICIEL

  

 

Święty Jan Chrzciciel

 

 

24 czerwca

29 sierpnia

 

Jan Chrzciciel urodził się w Judei, według tradycji w Ain Karim, jako syn kapłana Zachariasza i Elżbiety (Łk 1, 5-80). Jego narodzenie z wcześniej bezpłodnej Elżbiety i szczególne posłannictwo zwiastował Zachariaszowi archanioł Gabriel, kiedy Zachariasz jako kapłan okadzał ołtarz w świątyni (Łk 1, 8-17). Przyszedł na świat w sześć miesięcy przed narodzeniem Jezusa (Łk 1, 36). Przy obrzezaniu otrzymał imię, zgodnie z poleceniem anioła. Z tej okazji Zachariasz wyśpiewał kantyk, w którym sławi wypełnienie się obietnic mesjańskich i wita go jako proroka, który przed obliczem Pana będzie szedł i gotował mu drogę w sercach ludzkich (Łk 1, 68-79). Kantyk ten wszedł na stałe do liturgii i stanowi istotny element codziennej porannej modlitwy Kościoła – Jutrzni. Poprzez swoją matkę, Elżbietę, Jan był krewnym Jezusa (Łk 1, 36).

Św. Łukasz przekazuje nam w Ewangelii następującą informację: „Dziecię rosło i umacniało się w duchu i przebywało na miejscach pustynnych aż do czasu ukazania się swego w Izraelu” (Łk 1, 80). Można to rozumieć w ten sposób, że po wczesnej śmierci rodziców będących już w wieku podeszłym, Jan pędził żywot anachorety, pustelnika, sam lub w towarzystwie innych. Nie jest wykluczone, że mógł zetknąć się także z Esseńczykami, którzy wówczas mieli nad Morzem Martwym w Qumram swoją wspólnotę. Kiedy miał już lat 30, wolno mu było według prawa występować publicznie i nauczać. Podjął to dzieło nad Jordanem, nad brodem w pobliżu Jerycha. Czasem przenosił się do innych miejsc, np. Betanii (J 1, 28) i Enon (Ainon) w pobliżu Salim (J 3, 23). Swoje nauczenie rozpoczął w piętnastym roku panowania cesarza Tyberiusza (Łk 3, 1), czyli w 30 r. naszej ery według chronologii, którą się zwykło podawać.

Jako herold Mesjasza Jan podkreślał z naciskiem, że nie wystarczy przynależność do pokolenia Abrahama, ale trzeba czynić owoce pokuty, trzeba wewnętrznego przeobrażenia. Na znak skruchy i gotowości zmiany życia udzielał chrztu pokuty (Łk 3, 7-14; Mt 3, 7-10; Mk 1, 8). Garnęła się do niego „Jerozolima i cała Judea, i wszelka kraina wokół Jordanu” (Mt 3, 5; Mk 1, 5). Zaczęto nawet go pytać, czy przypadkiem on sam nie jest zapowiadanym Mesjaszem. Jan stanowczo rozwiewał wątpliwości twierdząc, że „Ten, który idzie za mną, mocniejszy jest ode mnie: ja nie jestem godzien nosić Mu sandałów” (Mt 3, 11). Na prośbę Chrystusa, który przybył nad Jordan, Jan udzielił mu chrztu. Potem świadczył o Nim wobec tłumu: „Oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata” (J 1, 29. 36). Na skutek tego wyznania przy Chrystusie Panu zjawili się dwaj pierwsi uczniowie – Jan i Andrzej, którzy dotąd byli uczniami św. Jana (J 1, 37-40).

Na działalność Jana szybko zwrócili uwagę starsi ludu. Bali się jednak jawnie przeciwko niemu występewać, woleli raczej zająć stanowisko wyczekujące (J 1, 19; Mt 3, 7). Osobą Jana zainteresował się także władca Galilei, Herod II Antypas (+ 40), syn Heroda I Wielkiego, który nakazał wymordować dzieci w Betlejem. Można się domyślać, że Herod wezwał Jana do swojego zamku, Macherontu. Gorzko jednak pożałował swojej ciekawości. Jan bowiem skorzystał z tej okazji, aby rzucić mu prosto w oczy: „Nie wolno ci mieć żony twego brata” (Mk 6, 18). Rozgniewany król z poduszczenia żony brata Filipa, którą ku ogólnemu oburzeniu Herod wziął za własną, wydalając swoją żonę prawowitą, nakazał Jana aresztować. W dniu swoich urodzin wydał ucztę, w czasie której pijany pod przysięgą zobowiązał się dać córce Herodiady, Salome, wszystko, o cokolwiek zażąda. Ta po naradzeniu się z matką zażądała głowy Jana. Herod nakazał katowi wykonać wyrok śmierci na Janie i jego głowę przynieść na misie dla Salome (Mt 14, 1-12). Jan miał wtedy trzydzieści kilka lat.

Jezus wystawił Janowi świadectwo, jakiego żaden człowiek z Jego ust nie otrzymał: „Coście wyszli oglądać na pustyni? (…) Proroka zobaczyć? Tak, powiadam wam, nawet więcej niż proroka. On jest tym, o którym napisano: Oto ja posyłam mego wysłańca przed Tobą, aby Ci przygotował drogę. Zaprawdę powiadam wam: Między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela” (Mt 11, 7-11; Łk 7, 24-27).

Jan Chrzciciel jako jedyny wśród świętych Pańskich cieszy się przywilejem, iż obchodzi się jako uroczystość dzień jego narodzin -24 czerwca. U wszystkich innych świętych obchodzimy jako święto dzień ich śmierci jako dzień ich narodzin dla nieba. Ponadto w kalendarzu liturgicznym znajduje się także wspomnienie męczeńskiej śmierci św. Jana Chrzciciela, obchodzone 29 sierpnia.

 

W Janie Chrzcicielu uderza jego świętość, życie pełne ascezy i pokuty, siła charakteru, bezkompromisowość. Był pierwszym świętym czczonym w całym Kościele. Jemu dedykowana jest bazylika rzymska św. Jana na Lateranie, przy której przez prawie 1000 lat mieli swoją siedzibę papieże.

Podziel się z innymi:

Wierność do końca

  

 

 

Uroczystość męczeństwa świętego Jana Chrzciciela

patrona warszawskiej bazyliki archikatedralnej

 

 

Kolekta

Boże, Ty chciałeś, aby święty Jan Chrzciciel był poprzednikiem Twojego Syna w narodzeniu i śmierci i oddał życie za prawdę i sprawiedliwość,  spraw, abyśmy nieustraszenie walczyli w obronie wiary, którą wyznajemy. Przez naszego Pana Jezusa Chrystusa, Twojego Syna,  który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, Bóg, przez wszystkie wieki wieków.

 

 

Czytanie Jr 1,17-19

Psalm Ps 71,1-6.15.17

 

Ewangelia Mk 6,17-29

Herod kazał pochwycić Jana i związanego trzymał w więzieniu, z powodu Herodiady, żony brata swego Filipa, którą wziął za żonę. Jan bowiem wypominał Herodowi: „Nie wolno ci mieć żony twego brata”. A Herodiada zawzięła się na niego i rada byłaby go zgładzić, lecz nie mogła. Herod bowiem czuł lęk przed Janem, znając go jako męża prawego i świętego, i brał go w obronę. Ilekroć go posłyszał, odczuwał duży niepokój, a przecież chętnie go słuchał.

Otóż chwila sposobna nadeszła, kiedy Herod w dzień swoich urodzin wyprawił ucztę swym dostojnikom, dowódcom wojskowym i osobom znakomitym w Galilei. Gdy córka Herodiady weszła i tańczyła, spodobała się Herodowi i współbiesiadnikom. Król rzekł do dziewczęcia: „Proś mię, o co chcesz, a dam ci”. Nawet jej przysiągł: „Dam ci, o co tylko poprosisz, nawet połowę mojego królestwa”.
Ona wyszła i zapytała swą matkę: „O co mam prosić?” Ta odpowiedziała: „O głowę Jana Chrzciciela”. Natychmiast weszła z pośpiechem do króla i prosiła: „Chcę, żebyś mi zaraz dał na misie głowę Jana Chrzciciela”. A król bardzo się zasmucił, ale przez wzgląd na przysięgę i na biesiadników nie chciał jej odmówić. Zaraz też król posłał kata i polecił przynieść głowę jego. Ten poszedł, ściął go w więzieniu i przyniósł głowę jego na misie; dał ją dziewczęciu, a dziewczę dało swej matce.
Uczniowie Jana, dowiedziawszy się o tym, przyszli, zabrali jego ciało i złożyli je w grobie.

 

Święty Jan Chrzciciel nie obawiał się nazywać grzechów po imieniu. Swoje słowa kierował do wielkich i małych tego świata.  Piętnując grzech Herodiady i Heroda naraził się na jej nienawiść i ostatecznie uwięzienie. Nawet przebywając w lochach pozostał do końca wierny swoim ideałom i swojej misji. Choć uwięziony był wewnętrznie wolny.

Dziś również, gdy Kościół nazywa po imieniu i piętnuje grzechy, naraża się na nienawiść. Ileż osób chciałoby, aby w końcu zamilkł, a jeśli nie chce zamilknąć to aby przestał wprost nazywać grzechy i zajął się czymś innym.

Uwikłanie w grzech. Nie zdajemy sobie sprawy, jak jeden grzech rodzi kolejny, tworząc cały łańcuch uzależnień i powiązań. Wydaje się nam że jesteśmy całkowicie wolni, że możemy ze wszystkiego korzystać, że panujemy nad sytuacją. Choć pozostaje w nas cząstka dobra, choć mamy dobre pragnienia, choć sumienie czasami nas niepokoi, choć czasem chętnie posłuchamy czy poczytamy o przesłaniu Dobrej Nowiny, to stajemy się coraz bardziej uzależnieni od naszych grzesznych pożądań, przywiązani do przemijających wartości, zależni od opinii innych. Historia Heroda i Herodiady pokazuje jak potrafi się nakręcać spirala złych przywiązań: od nieuporządkowanych relacji, przez niepokój, lęk do zawziętości, nienawiści i ostatecznie do zabójstwa.

Wewnętrzna wolność i wierność ideałom Ewangelii jest dziś przeciwstawiona wewnętrznemu zniewoleniu i stopniowemu zagłuszaniu szlachetnych poruszeń serca i dobrych pragnień. Czy więcej w nas pierwszej czy drugiej postawy?

Lęk przed opinią innych. Lęk przed utratą zdrowia, dobrego imienia, czasem życia. A Jezus przypomina ” Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, jeżeli duszy zabić nie mogą”. Dziś za rzeczywistą wierność ideałom Ewangelii, również trzeba prędzej czy później zapłacić odpowiednią cenę. Wybór jak zawsze należy do nas…. 

 

Dziękuję i pozdrawiam.  

 

Podziel się z innymi:

Święty Augustyn z Hippony

  

 

/św. Augustyn i św. Monika/

 

ŚWIĘTY AUGUSTYN Z HIPPONY, BISKUP I DOKTOR KOŚCIOŁA

28 sierpnia

 

 

Augustyn urodził się 13 listopada 354 r. w Tagaście (obok Suk Ahras w Algierii), w rodzinie urzędnika państwowego Patrycjusza. Matka Augustyna, św. Monika, pochodziła z rodziny o tradycji chrześcijańskiej i bardzo pragnęła, by jej syn przyjął chrzest. Pragnienie to spełniło się jednak dopiero po 33 latach. Na rozwoju Augustyna niewątpliwie zaciążył fakt, że ojciec i matka różnili się co do wiary i przekonań odnośnie spraw decydujących o losach człowieka. Przez to Augustyn przez wiele lat pozostał rozdarty między wpływem matki i ojca. Augustyn był najstarszy z rodzeństwa, po nim urodził się Nawigiusz. Nawrócił się on w tym samym czasie, co Augustyn, był też przy śmierci matki. Nawigiusz ożenił się i miał kilka córek, z których wszystkie poświęciły się Panu Bogu na służbę w jednym z klasztorów. Jedna z sióstr Augustyna wyszła za mąż, a po śmierci męża wstąpiła do klasztoru w Hipponie, gdzie została przełożoną. Gdy w roku 424 zmarła, Augustyn napisał dla tego klasztoru regułę. Na niektórych manuskryptach Augustyn podpisuje się jako Aureliusz. Był to zapewne jego przydomek, chociaż nie jest wiadomym, kiedy go sobie nadał.
W wieku 16 lat musiał przerwać naukę z powodu braku pieniędzy, chociaż miał wielkie zdolności. Nauka szła mu łatwo; imponował kolegom niezwykłą pamięcią. Jednak pierwsze lata nauki Augustyn wspomina w swojej autobiografii – Wyznaniach – z niesmakiem. Miał bowiem nauczyciela, bijącego swoich uczniów bez miłosierdzia za najmniejsze przewinienia. Nie lubił matematyki, ale za to rozkoszował się w literaturze łacińskiej. Ulubionym jego autorem był Wergiliusz.
Jako młodzieniec żył Augustyn swobodnie. Lubił zabawy, dobre jadło i picie. Chętnie uczęszczał do teatru, miał ciągoty do psot chłopięcych. Trudny okres dojrzewania, dużo wolnego czasu i pogańskie zwyczaje sprawiły, że po pierwszych studiach w Tagaście (do roku 366) i w Madurze (366-370) udał się na dalsze kształcenie do Kartaginy, metropolii Afryki Północnej i tam związał się z kobietą. Z tego związku po pewnym czasie urodził się syn Adeodatus (z łac. „dany od Boga”). Augustyn żył z tą dziewczyną 15 lat. Igrzyska, cyrk, walki gladiatorów, teatr – to był jego ulubiony żywioł.
Pod wpływem lektury klasyków rzymskich Augustyn wpadł w sceptycyzm racjonalistyczny. Zaczął szukać prawdy. Biblia wydawała mu się prostacka, bo jej łacińskie tłumaczenia były wówczas nie zawsze udane. Za problemami filozoficznymi poszły i wątpliwości religijne. W tym czasie wstąpił do sekty manichejskiej, do której wciągnął go tamtejszy biskup, imponując mu wymową i oczytaniem.
W 374 roku Augustyn powrócił do Tagasty, gdzie otworzył własną szkołę gramatyki. Po dwóch latach zamknął ją jednak i udał się do Kartaginy, gdzie otworzył szkołę retoryki (376). Miał wtedy 22 lata. Po 7 latach udał się do Rzymu, gdzie także założył swoją szkołę (383). Tu dowiedział się, że w Mediolanie poszukują retora. Natychmiast tam się zgłosił (384). Mediolan był wówczas stolicą cesarstwa zachodnio-rzymskiego – pierwszym miastem Europy po Konstantynopolu. Oprócz prowadzenia szkoły Augustyn miał obowiązek wygłaszania mów podczas uroczystości państwowych w Mediolanie. Augustyn miał już 30 lat.
W Mediolanie zetknął się ze św. Ambrożym, który był wówczas biskupem tego miasta. Augustyn zaczął chodzić na jego kazania. Wielki biskup zaimponował mu wymową i głębią treści. Niedługo potem przyszło uderzenie łaski Bożej (386). Pewnego dnia Augustyn wziął do ręki Listy św. Pawia Apostoła. Przypadkowo otworzył fragment Listu do Rzymian:

Żyjmy przyzwoicie jak jasny dzień: nie w hulankach i pijatykach, nie w rozpuście i w wyuzdaniu, nie w kłótni i zazdrości. Ale przyobleczcie się w Pana Jezusa Chrystusa, i nie troszczcie się zbytnio o ciało, dogadzając żądzom (Rz 13,13-14).

Jak pisze w swoich Wyznaniach, Augustyn poczuł nagle jakby strumień silnego światła w ciemnej nocy swojej duszy. Zrozumiał sens swojego życia, poczuł żal z powodu zmarnowanej przeszłości. Dotrwał jako nauczyciel retoryki do wakacji, następnie udał się w pobliże Mediolanu, do wioski Cassiciaco i tam u przyjaciela Werekundusa spędzał czas na modlitwie i na rozmowach na tematy ewangeliczne. Rozczytywał się równocześnie w Piśmie świętym. Na początku Wielkiego Postu zgłosił się do św. Ambrożego jako katechumen i w Wielką Sobotę w nocy z 24 na 25 kwietnia 387 r. z rąk Ambrożego przyjął Chrzest. Miał wówczas 33 lata. Wraz z nim przyjęli chrzest jego syn, Adeodatus, i przyjaciel, Alipiusz. Augustyn postanowił powrócić teraz do Afryki, by nawracać współziomków i pozyskiwać ich dla Chrystusa. Tuż przed opuszczeniem Italii umarła jego matka, zaś wkrótce po dotarciu do Afryki zmarł jego syn. Po przybyciu do Tagasty rozdał swoją majętność pomiędzy ubogich i z przyjaciółmi – Alipiuszem i Ewodiuszem – zamieszkali razem, oddając się modlitwie, dyskusji na tematy religijne i studiom Pisma świętego.
W 391 r. Augustyn wraz z przyjaciółmi udał się do Hippony, gdzie postanowił założyć klasztor i tam spędzić resztę swego życia. Niebawem dał się poznać wszystkim jako człowiek bardzo pobożny. Dlatego, gdy biskup Waleriusz zwrócił się pewnego dnia do ludu, by mu wskazano kandydata na kapłana, gdyż potrzebował jego pomocy, wszyscy w katedrze zwrócili się do Augustyna, wołając: „Augustyn kapłanem!” Zalany łzami przyjął propozycję biskupa i ludu. Po wyświęceniu na kapłana, Augustyn nie zmienił trybu życia, ale nadal prowadził życie wspólne w klasztorze. Zaczął nawet przyjmować nowych kandydatów. W ten sposób powstało jakby seminarium, z którego wyszło wielu biskupów afrykańskich: Alipiusz, biskup Tagasty, bezpośredni przyjaciel Augustyna; Profuturus, biskup Syrty; Ewodiusz, biskup Uzalis, przyjaciel Augustyna; Sewer, biskup Milewy; Urban, biskup Sicea; Peregrinus, biskup Thehac, i Bonifacy. Biskup Waleriusz udzielił wkrótce Augustynowi konsekracji na swojego sufragana w uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego 394 r. ku ogromnej radości ludu. W dwa lata potem przeniósł się do wieczności i Augustyn automatycznie został jego następcą (396), biskupem Hippony.
Nadal prowadził życie wspólne, w którym formował przyszłych biskupów i kapłanów. Po długich latach doświadczenia ułożył dla nich regułę, która w przyszłości miała się stać podstawą dla wielu rodzin zakonnych. Dużo czasu zajmowała mu korespondencja. Nie traktował jej jednak jedynie jako rodzaj kontaktu towarzyskiego, ale wykorzystywał ją jako sposób apostolstwa. Korespondował ze św. Janem Jerozolimskim, ze św. Paulinem z Noli, św. Hieronimem, św. Prosperem i ze św. Hilarym z Arles.
Augustyn wypowiedział nieubłaganą walkę błędom, jakie za jego czasów nękały Kościół: manicheizmowi (396-400), donatystom (400-411) i pelagianom (411-430). Prowadził dysputy z manichejczykami, których znał osobiście, bo był z nimi przez szereg lat ideowo związany. Nie spoczął, aż tę herezję wyplenił. W owym czasie w Afryce najsilniejsi byli donatyści. W 330 r. mieli w swoich rękach aż 270 stolic biskupich. Potępieni na synodach w Arles (313) i w Mediolanie (316), zagnieździli się silnie w północnej Afryce. Jako rygoryści nie pozwalali przyjmować do społeczności kościelnej tych, którzy w czasie prześladowań wyparli się wiary, a teraz chcieli do niej powrócić. Donatyści żądali dla kapłanów i wiernych, łamiących prawo, najsurowszych kar. Posuwali się często do gwałtów. Augustyn zwalczał ich pismem i żywym słowem. Był jednak zdania, że tych biskupów i kapłanów, którzy do jedności kościelnej powrócą, należy zostawić na ich urzędach. Tym sobie pozyskał donatystów. Na synodach w Kartaginie w 401 i 411 roku herezja została zwyciężona.
W tym samym czasie przybył do Afryki Pelagiusz i Celestiusz. Głosili, że grzech Adama i Ewy zaszkodził tylko pierwszym rodzicom, a nie całemu rodzajowi ludzkiemu, że dzieci rodzą się w stanie łaski i nie jest konieczny chrzest, a łaska uświęcająca nie jest do zbawienia konieczna. Ta herezja była dla Augustyna okazją, że jako pierwszy z Ojców najgruntowniej wyjaśnił teologiczny problem łaski uświęcającej i uczynkowej oraz problem zbawienia.
Pod koniec swego życia Augustyn przeżył tragedię. Namiestnik rzymski zaprosił do północnej Afryki Wandalów dla obrony przeciwko szczepom dzikich mieszkańców Sahary. Kiedy spostrzegł, że Wandalowie są nie mniej od tamtych barbarzyńscy, wypowiedział im wojnę. Było jednak za późno. Po odniesionym zwycięstwie, Wandalowie zaczęli zajmować miasto po mieście. Hippona broniła się bohatersko przez trzy miesiące, aż wrogom udało się zrobić wyłom w murze i spowodować pożar miasta. Augustyn wtedy już nie żył. Zmarł w czasie oblężenia 28 sierpnia 430 r. Wandalowie siłą zaprowadzili arianizm. Polała się obficie krew męczeńska. W 150 lat potem Afryka padła pod hordami Arabów.
Ciało Augustyna złożono w katedrze w Hipponie. Potem jednak w obawie przed profanacją Wandalów przeniesiono je do Sardynii, aż wreszcie król Longobardów, Luitprand (+ 744), przeniósł je do Pawii, gdzie po dzień dzisiejszy opiekę nad relikwiami roztaczają synowie duchowi wielkiego biskupa, augustianie.
Po Augustynie pozostało kilkadziesiąt tomów jego pism. Do najcenniejszych z nich należą: Wyznania (386-387), O katechizacji ludzi prostych (395), O wierze i symbolu wiary (396) i O państwie Bożym ksiąg 22 (413-427). Zachowały się jego 363 kazania i 217 listów. Słusznie więc zdobył sobie tytuł największego teologa chrześcijańskiej starożytności. Jest jednym z czterech wielkich doktorów Kościoła Zachodniego. Patron augustianów, kanoników regularnych, magdalenek, Kartaginy; drukarzy, wydawców, teologów.

W ikonografii św. Augustyn przedstawiany jest w stroju biskupim, czasami jako zakonnik. Jego atrybutami są: anioł mówiący mu do ucha, dziecko nad brzegiem morza przelewające wodę do dołka, księga, pastorał, serce w dłoni, serce przeszyte dwiema strzałami, uczeń lub grupa uczniów.

źródło: www.brewiarz.katolik.pl

Podziel się z innymi:

Kilka myśli świętego Augustyna

Kilka myśli świętego Augustyna

 

Bóg jest Miłością i jest Nią we wszystkim. Ta prawda – jeśli uwierzymy w nią całkowicie – jest zdolna przemienić nasze życie.

 

Bóg nie jest winien nic nikomu, gdyż wszystko daje darmo.

 

Bóg rzeczy niemożliwych nie wymaga, lecz wymaga czynić co możesz; wspiera, abyś mógł czynić, coś powinien i nakazuje prosić o pomoc w tym czego, nie możesz.

 

Gdzie Bóg jest na pierwszym miejscu tam wszystko jest na swoim miejscu.

 

Nie po drodze przemierzonej stopami, nie w przestrzeni fizycznej odchodzi się od Ciebie i do Ciebie wraca.

 

Szczęśliwy jest czlowiek, który kocha Boga, przyjaciela w Bogu, a nieprzyjaciela dla Boga.

 

Wrócić do Ciebie można tylko szlakiem pokory i pobożności.

 

Jeżeli sprawiedliwi muszą cierpieć w tym życiu, to znaczy, że te cierpienia są dla nich pożyteczne.

 

Żyjąc pośród spraw ludzkich, nie możemy oderwać się od tego co ludzkie. Cierpliwie należy nam pędzić żywot pośród zła. gdy bowiem byliśmy źli, dobrzy z cierpliwością współżyli z nami. Nie zapominając o tym czym byliśmy, nie będziemy tracić wiary w tych, którzy teraz są tacy, jacy my byliśmy.

 

Gdybyśmy naprawdę żyli jak chrześcijanie, zdobylibyśmy wszystkich innych. Jest jednak jeszcze zbyt wielu, którzy prowadzą podwójne życie.

 

Nic złego nie stanie się prawdziwemu chrześcijaninowi, co by nie miało mu wyjść na dobre.

 

Związek nasz  z Bogiem zaczyna wiara, umacnia nadzieja, a kończy miłość.

 

Człowieka nie można ocenić według tego co on wie, ale według tego, co kocha.

 

Człowiek jest tęsknotą Boga, jest celem Jego miłości.

 

Jaka miłość – taki człowiek.

 

Nadmiar dobroci nie szkodzi.

 

By osiągnąć doskonałość, trzeba walczyć z grzechem aż do ostatniej kropli krwi.

 

Dusza, im mniej o Bogu myśli, tym mniej Mu jest poddana.

 

Dwie rzeczy zabijają duszę : zarozumiałość i desperacja. Pierwsza zbyt wiele oczekuje, druga zaś zbyt mało.

 

Istnieją dwa rodzaje jałmużny: dawanie i przebaczenie. dawanie tego, co dobrego zdobyłeś; przebaczanie tego, co złego wycierpiałeś.

 

Dając innym, czynimy przede wszystkim dobrodziejstwo samym sobie.

 

Im większa moc i potęga, tym łagodniejsze niech będzie serce.

 

Wiara szuka, a rozum znajduje.

 

Cała moja nadzieja , nie gdzie indziej, jak w Twoim wielkim miłosierdziu. Daj co nakazujesz i nakaż, czego chcesz.

 

Miłosierdzie nie płynie z kieszeni.

 

Miarą miłości jest miłość bez miary.

 

Nie ma takiego człowieka, który by nie kochał, ale cała rzecz w tym co kocha.

 

Nie można utworzyć miłości radą i upominaniem, ale nie można też jej narzucić niechętnemu.

 

Człowiek nie modli się po to aby powiedzieć Bogu to, co On powinien zrobić, ale aby Bóg mu powiedział , co on ma zrobić.

 

Dajcie mi modlące matki, a uratuję świat.

 

Łza za zmarłymi wyparowuje, kwiat na grobie więdnie; modlitwa natomiast dociera aż do Serca Najwyższego.

 

Wszystkie kroki człowieka, który idzie, by wysłuchać Mszy, są ponumerowane przez Anioła i każdemu będzie przyznana najwyższa nagroda w tym i wiecznym życiu.

 

Jeśli chcesz być wielki, zaczynaj od rzeczy małych. Zakładaj głęboko fundament pokory, skoro zamierzasz budowac wysoko.

 

Strumień łaski nie wspina się na wzgórza pychy, lecz spływa w doliny pokory.

 

Nic nie jest tak dobre dla duszy jak posłuszeństwo.

 

Człowiek bywa doświadczany aby nie popadł w pychę.

 

Prawdziwego przyjaciela długo trzeba szukać, trudno go znaleźć i niełatwo zachować.

 

Przyjaciele często nas psują pochlebstwem i zbytnim pobłażaniem; nieprzyjaciele nieraz nas poprawiają mówieniem prawdy i strofowaniem.

 

Dla chrześcijanina radość jest obowiązkiem.

 

Nauczcie się kochac siebie, nie kochając s a m y c h  siebie!

 

Nie trzeba odkładać nawrócenia do Boga, bo On pokutującemu obiecał przebaczenie, ale grzeszącemu nie obiecał jutra.

 

Ucz się dobrze umierać, nauczywszy się dobrze żyć.

 

Ten który cię stworzył, wie rownież , co ma z tobą robić.

 

Człowieku, naucz się tańczyć, bo inaczej aniołowie w niebie nie będą wiedzieli co z tobą robić.

 

Dusza żywi się tym czym się cieszy.

 

Miłość bliźniego nakazuje niekiedy śmiać się z błędów ludzi, aby ich samych skłonić do śmiania się z nich i unikania ich.

 

Nie staraj się zrozumieć abyś uwierzył; lecz staraj się uwierzyć, to zrozumiesz.

 

Wiara to nie suknia, którą można przerobić lub odmienić; to nie towar w którym można przebierać.

 

Małe rzeczy są naprawdę małe, ale być wiernym w małych rzeczach – to wielka rzecz.

 

Jeśli czasy są złe, zyjmy dobrze, a i one staną się dobre.

 

Boże daj mi siłę, abym mógł zrobić wszystko czego ode mnie żądasz. A potem żądaj ode mnie, czego chcesz.    

 

Podziel się z innymi:

Czuwaj i bądź gotowy

  

Wspomnienie obowiązkowe świętej Moniki

 

Kolekta

Boże, pocieszycielu zasmuconych, Ty miłosiernie przyjąłeś matczyne łzy świętej Moniki i udzieliłeś łaski nawrócenia jej synowi Augustynowi,  daj nam za wstawiennictwem ich obojga opłakiwać nasze grzechy i znaleźć Twoje przebaczenie. Przez naszego Pana Jezusa Chrystusa, Twojego Syna, który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, Bóg, przez wszystkie wieki wieków.

 

Czytanie 1 Tes 3, 7-13

Psalm Ps 90,3-4.12-14.17

 

 

Ewangelia Mt 24,42-51

Jezus powiedział do swoich uczniów: „Czuwajcie, bo nie wiecie, w którym dniu Pan wasz przyjdzie. A to rozumiejcie: Gdyby gospodarz wiedział, o której porze nocy złodziej ma przyjść, na pewno by czuwał i nie pozwoliłby się włamać do swego domu. Dlatego i wy bądźcie gotowi, bo w chwili, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie.

Któż jest tym sługą wiernym i roztropnym, którego pan ustanowił nad swoją służbą, żeby na czas rozdawał jej żywność? Szczęśliwy ów sługa, którego pan, gdy wróci, zastanie przy tej czynności. Zaprawdę powiadam wam: Postawi go nad całym swoim mieniem.
Lecz jeśli taki zły sługa powie sobie w duszy: „Mój pan się ociąga”, i zacznie bić swoje współsługi, i będzie jadł i pił z pijakami, to nadejdzie pan tego sługi w dniu, kiedy się nie spodziewa, i o godzinie, której nie zna. Każe go ćwiartować i z obłudnikami wyznaczy mu miejsce. Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów”.

 

Czas. Niezauważone dobro, najtrudniejsze do opanowania.

Albo nieumiejętnie przez nas wykorzystywany co można rozpoznać, gdy coraz częściej mówimy i czujemy że „na nic nie mamy czasu”.

Albo czyniący nas swoim niewolnikiem.

Żyjemy przeszłością lub drobiazgowo planujemy przyszlość. Nasze dziś, teraz, bieżąca chwila jedyna nad którą mamy władzę, umyka niezauważalnie i bezpowrotnie.

Ten mijający niepostrzeżenie czas prowadzi nieuchronnie do ostatecznego spotkania z Chrystusem. Nikt nie wie, kiedy ten moment nastąpi. Koniec czasu. Indywidualny, osobisty i wszechświata.

Ci ktorzy doświadczyli śmierci klinicznej, mają możlwiość przeżyć  tajemnicę czasu. Gdy wracają do zdrowia, widzimy, ku naszemu zaskoczeniu jak bardzo zmienia się ich postrzeganie życia, głównych wartości. Czuwają i cenią każdą darowaną minutę.

Jednakże większość stara się i robi niemal wszystko, aby o końcu swojego czasu nie pamiętać. Tak jakby nadmiar nieistotnych zajęć, przesadne dbanie o siebie mogły w magiczny sposób usunąć z naszej historii życia tę chwilę.

Nasze zajęcia, plany, refleksje, relacje z innymi mogą sprawić, że ostatnia chwila nas nie zaskoczy, gdyż kierują nas ku Bogu. Mogą też na tyle nas zaabsorbować i zaangażować, że  jak ten zły sługa z dzisiejszej Ewangelii zapomnimy o swoich podstawowych obowiązkach i zupełnie oddalimy się od Boga, którego dla nas jakby nie było.

Czuwanie na modlitwie i wrażliwość na potrzeby innych. Rzetelne wypelnianie obowiązków stanu. Spokojne i ufne oczekiwanie, bycie zawsze gotowym na spotkanie z Panem.

Spotkanie radosne lub pełne zaskoczenia i przerażenia, że to już. Nie wiemy ile dni, miesięcy, lat, dostajemy niejako „dodatkowo” aby to nasze spotkanie z Panem było radosne. Jemu zależy na tym, abyśmy razem z Nim byli zawsze przy Ojcu. Od nas zależy czy dany nam czas ostatecznie wykorzystamy jak dobry albo jak zły sługa. Od nas zależy jak odpowiemy na polecenie Pana „czuwaj i bądź gotowy”. Zmiany najlepiej zacząć od teraz, od tej chwili która „dziś” się nazywa.

 

Dziękuję i pozdrawiam. 

Podziel się z innymi:

Uczyń wszystko co On powie

  UROCZYSTOŚĆ NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY CZĘSTOCHOWSKIEJ

 

  

 

 

 

 

Kolekta

Wszechmogący i miłosierny Boże, Ty dałeś narodowi polskiemu w Najświętszej Maryi Pannie przedziwną pomoc i obronę, a Jej święty obraz jasnogórski wsławiłeś niezwykłą czcią wiernych, spraw łaskawie, abyśmy na ziemi z zapałem walczyli w obronie wiary, a w niebie wysławiali Twoje zwycięstwo. Przez naszego Pana Jezusa Chrystusa, Twojego Syna,  który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego,  Bóg, przez wszystkie wieki wieków.

 

Czytanie pierwsze Prz 8,22-35 albo Iz 2, 2-5

Psalm Ps 48,2-3.9-11.13.14.15

Czytanie drugie Ga 4, 4-7

 

Ewangelia J 2, 1-11

W Kanie Galilejskiej odbywało się wesele i była tam Matka Jezusa.

Zaproszono na to wesele także Jezusa i Jego uczniów. A kiedy zabrakło wina, Matka Jezusa mówi do Niego: „Nie mają już wina”.
Jezus Jej odpowiedział: „Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto? Jeszcze nie nadeszła godzina moja”.
Wtedy Matka Jego powiedziała do sług: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie”.
Stało zaś tam sześć stągwi kamiennych przeznaczonych do żydowskich oczyszczeń, z których każda mogła pomieścić dwie lub trzy miary.
Rzekł do nich Jezus: „Napełnijcie stągwie wodą”. I napełnili je aż po brzegi. Potem do nich powiedział: „Zaczerpnijcie teraz i zanieście staroście weselnemu”. Ci zaś zanieśli.
A gdy starosta weselny skosztował wody, która stała się winem, i nie wiedział, skąd ono pochodzi, ale słudzy, którzy czerpali wodę, wiedzieli, przywołał pana młodego i powiedział do niego: „Każdy człowiek stawia najpierw dobre wino, a gdy się napiją, wówczas gorsze. Ty zachowałeś dobre wino aż do tej pory”.
Taki to początek znaków uczynił Jezus w Kanie Galilejskiej. Objawił swoją chwałę i uwierzyli w Niego Jego uczniowie.

 

Słyszymy i prośbę Maryi i polecenie Pana. „Napełnijcie stągwie wodą”. W sumie trzeba było przynieść od 80-120 litrów wody. Trochę czasu musiało to trwać. Ilu ze sług i ilu z nas nieraz zadaje sobie pytanie, po co to wszystko, co robię?  Czas mija, i nic się nie zmienia, nie dzieje. Słudzy nosili wodę. Czasem nasza modlitwa przypomina to noszenie wody. Słudzy napełnili stągwie do pełna. My często w połowie „napełniania” zaczynamy powątpiewać, a do końca rzadko wytrwamy, zmęczeni, zniechęceni przerywamy pracę, oceniając „na oko”, że już jest prawie pełne, więc wystarczy. Potem mamy pretensje do Pana, że nic nie zrobił, do Maryi, że nie wysłuchała. Oczekujemy bardzo wiele, od siebie niewiele wymagając i jeszcze mniej dając. Może to i dobrze, że to nie my – z naszym powątpiewaniem, brakiem posłuszeństwa, lenistwem, krytykanctwem, zwracaniem uwagi na innych a nie na siebie – nosiliśmy wodę do stągwi w Kanie.

Wielu  z nas pielgrzymuje na Jasną Górę, do polskiej Kany. Prosimy o znak, prosimy o błogoslawieństwa, uzdrowienia, wygranie spraw sądowych, zdanie matury, upragnioną pracę, dobrego męża, dobrą żonę, nawrócenie bliskich, dzieci…. litania spraw ważnych i drobnych, prośby o „wino” naszego życia. Prośby o to wszystko czego brak dostrzegamy. Maryja jako pierwsza dostrzega je i widzi też inne braki w naszym życiu, często ważniejsze. Tym najważniejszym stara się w pierwszej kolejności zaradzić, tylko my jak goście weselni, nie zawsze je dostrzegamy. 

A najtrudniej jest nam przyjąć konieczność przynoszenia „niepotrzebnej” wody, gdy brakuje nam wina. Otworzyć się, przyjąć i wypełnić Słowo Boże. Uwierzyć, zanim się zobaczy, posmakuje, dotknie. Jak Jasnogórska Pani, nasza Królowa i Mama. Błogosławiona, która uwierzyła, że spełnią się słowa Pana. To nie Ona dokonuje cudów przemiany, ale Ona ku przemianie nas prowadzi, towarzyszy, napomina, wspiera i zachęca : „zrób wszystko cokolwiek Jezus tobie poleci, zaufaj Mu, usłysz Jego Słowa i posłusznie wykonaj. Nie musisz wszystkiego od razu zrozumieć, ważne abyś chcial Go posłuchać.”

Warto dziś przypomnieć sobie wszystkie nasze obietnice, jakie przez lata odwiedzin u Jej stóp złożyliśmy. Ile z nich nie zostało spełnionych, o ilu zapomnieliśmy, ile odłożyliśmy na kiedyś, później? Może to później właśnie dziś powinno się dopełnić, jak ostatnia brakująca kropla w ostatniej stągwi przemiany.   

 

Dziękuję i pozdrawiam

 

      

  

Podziel się z innymi:

Komar i wielbłąd

Czytanie 1 Tes 2, 1-8

Psalm Ps 139, 1-3.4-5

 

Ewangelia Mt 23,23-26

Jezus przemówił tymi słowami: „Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze, obłudnicy! Bo dajecie dziesięcinę z mięty, kopru i kminku, lecz pomijacie to, co ważniejsze jest w Prawie: sprawiedliwość, miłosierdzie i wiarę. To zaś należało czynić, a tamtego nie opuszczać. Przewodnicy ślepi, którzy przecedzacie komara, a połykacie wielbłąda.

Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze, obłudnicy! Bo dbacie o czystość zewnętrznej strony kubka i misy, a wewnątrz pełne są zdzierstwa i niepowściągliwości. Faryzeuszu ślepy! Oczyść wpierw wnętrze kubka, żeby i zewnętrzna jego strona stała się czysta”.

 

Na początek anegdota. Pewien rozbójnik włamał się do cudzego domu. Zabrał wszystkie kosztowności. Na koniec wszedł do spiżarni, wziął pęto kiełbasy, ugryzł i natychmiast wypluł mówiąc do siebie „Przecież dziś piątek, o mało co bym postu nie złamał”. Również nasz zmysł moralny może ulec zaburzeniu tak dalece, że będziemy przecedzać komara, a wielbłąda nie zauważymy.

Uwaga Pana Jezusa z dzisiejszej Ewangelii o obłudzie skierowana do faryzeuszy odnosi się do ludzi wszystkich czasów, również do nas.

Domagamy się , zabiegamy i dbamy o procedury demokratyczne. Jednocześnie nie zastanawiamy się nad sprawiedliwością stanowionego w naszym państwie prawa.

Staramy się aby nasze dzieci miały zapewnione wszystkie dobra materialne,  nawet więcej niż nas na to stać. Jednocześnie nie dajemy im tego co jest dla nich najważniejsze siebie, czasu i naszej miłości.

Skupiamy się na zewnętrznej pobożności i praktykach religijnych, nie rozwijając i nie pogłębiając własnej wiary i pomagając budować jej innym.

Chętniej wspomagamy akcje charytatywne niż podamy pomocną dłoń dziecku, samotnej starszej czy chorej osobie z naszej klatki schodowej czy najbliższego sąsiedztwa. Jesteśmy miłosierni w deklaracjach wobec dalekich osób ale nie w czynach wobec najbliższych.

Zapominamy i rzadko stosujemy się w praktyce na co dzień, tam gdzie żyjemy, do ważnych wskazań moralnych : do sprawiedliwości, wiary i miłosierdzia.

Przywiązujemy nadmierną uwagę do ludzkich  opinii i to ich bardziej obawiamy się niż Pana Boga. Ze względu na ludzką opinię niektórzy są nawet gotowi łamać Boże przykazania. W ten sposób chcąc przypodobać się większości czy temu co modne dbają o zewnętrzną stronę kubka i misy, a ich wnętrze jest pełne brudu.

Pan doskonale zna naszą duchową zarozumiałość i dlatego dziś zachęca każdego z nas, aby przyjrzeć się własnemu wnętrzu w tych trzech wymiarach: sprawiedliwości, miłosierdzia i wiary.

Przemianę i nawrócenie należy zaczynać zawsze od wewnątrz.

 

Dziękuję i pozdrawiam

Podziel się z innymi: